Autobusem do Kambodży

Autobusem do Kambodży

No to cześć Ho Chi Minh, było fajnie ale mamy Cię już dość. Jedziemy do Kambodży! Kierunek Siem Reap, z krótkim przystankiem w Phnom Penh (nie ma bezpośrednich autobusów z HCMC do Siem Reap). Wyjazd o 6:00 super ekskluzywnym autobusem, jak to zapewniał nas recepcjonista z hostelu. Konfiguracja foteli 1+2, siedzenia są super wygodne i duże, na pokładzie jest Wi-Fi, każdy dostał butelkę wody. Jest nieźle, piątka Panie recepcjonisto Nguyen! Jedziemy.

Godzinę wyjeżdżaliśmy z samego Sajgonu. Co ciekawe ‘kierownik’ autobusu zebrał od wszystkich paszporty. Zażyczył sobie od razu po 45$ od tych, którzy nie mieli wizy do Kambodży. Hola, hola panie ‘kierowniku’, my już mamy wizy wyrobione online. Poza tym, z tego co mi wiadomo, to wiza nie powinna kosztować więcej niż 35$, ale to już nie nasz problem (więcej o wizie do Kambodży dowiecie się w tym wpisie).

Po niecałych 3h jazdy dojechaliśmy do przejścia granicznego w Bavet. To była najdziwniejsza granica jaką w życiu przekraczałam. Kiedy dojechaliśmy na miejsce szanowny pan ‘kierownik’ nie poinformował nas, że to granica i zniknął z naszymi paszportami. Wszyscy (oprócz Wietnamczyków) patrzyli tylko po sobie myśląc, że to pewnie tylko przystanek na siku. Nagle nasz autobus odjechał bez nas. Wtedy szefowe WC wskazały palcem drogę. Okazało się, że na końcu budynku znajdują się stanowiska celników. Poszliśmy we wskazanym kierunki. Bez paszportów nie mogliśmy przekroczyć tej pseudo – granicy! Po dobrych 15 minutach nerwów szanowny ‘kierownik’ raczył wrócić z naszymi dokumentami. Pokazaliśmy celnikom paszporty i wizy. Na kambodżańską w ogóle nie zwrócili uwagi, a z wietnamskiej zaczęli się śmiać. O co tu chodzi? ‘Kierownik’ znowu zabrał paszporty i zniknął. Razem z resztą pasażerów czekaliśmy aż nasz autobus wróci niewiadomo skąd. Wrócił ufff! Odjechaliśmy w siną dal bez ‘kierownika’ i paszportów. Zatrzymaliśmy się w knajpie już po kambodżańskiej stronie. Postój trwał dobre pół godziny, aż w końcu szanowny ‘kierownik’ powrócił ze stosem paszportów. Ufff są paszporty, pieczątki wbite, jedziemy dalej! Cześć Kambodżo!

Po kolejnych 5h jazdy dotarliśmy do Phnom Penh. Miasto nie pokazało mi się z najlepszej strony. Czytałam bardzo skrajne opinie na temat stolicy i na podstawie tego co widziałam cieszę się, że nie zdecydowałam się na dłuższy przystanek. Miasto jest brudne, zatłoczone i na pierwszy rzut oka dużo biedniejsze od Ho Chi Minh.

W Phnom Penh zatrzymaliśmy się przed biurem przewoźnika. Szybki przystanek na rozprostowanie nóg i przewieziono nas małym busem bez klimatyzacji (!) do kolejnego autobusu, który odjeżdżał z dworca. Na dworcu główną atrakcją było kilku mężczyzn usiłujących włożyć olbrzymią lodówkę/zamrażarkę do bagażnika autobusu. Jak już odjeżdżaliśmy widziałam tylko ich zrezygnowane miny. Ciekawe na czym stanęło? Czekając na autobus chciałam zrobić jedzeniowe zaopatrzenie w pobliskim sklepie. Wtedy okazało się, że w Kambodży mamy problem z naszymi dolarami. Otóż w Kambodży w większości sklepów i restauracji nieakceptowane są banknoty wydane przed rokiem 1999. Traf chciał, że wszystkie nasze 50-dolarówki było z roku 1998. Na szczęście w Angkorze je przyjęli, a nasze karty działały w bankomatach.

Jest następny autobus. Już nie taki luksusowy, ale jest klimatyzacja i to nam wystarczy. Podróż była tak długa, że książka okazał się za krótka. Jazdę umilał nam film po khmersku, w którym było słychać tylko i wyłącznie trzaski. I tak przez całą drogę. Bezcenne przeżycie.

Trasa z Phnom Penh do Siem Reap liczy około 320 km, a autobusem pokonuje się ją w około 8h. Droga jest bardzo wąska, za to asfaltowa, a ruch jest minimalny. Jechało się całkiem nieźle, ale w dalszym ciągu wolno. Teraz ciekawostka – łączna długość dróg w Kambodży wynosi około 40 tys. km, z czego 2,5 tys. km dróg jest utwardzona. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu drogami były spalone słońcem dróżki. Teraz jest o niebo lepiej.

Mijaliśmy głównie wioski. Wioski tak biedne, że bolało mnie serce. Większość domostw to rozpadające się chatki z drewna, przykryte byle czym (żeby tylko nie kapało na głowę). Gdzieniegdzie przechadzały się krowy. Krajobraz praktycznie się nie zmieniał. Czerwona, spalona słońcem ziemia, kurz, pola uprawne, domostwa, małe restauracje. Niestety do tego zestawu muszę dodać żebrzące dzieci. To straszny widok, standard w Kambodży i temat na osobny wpis. Po zmroku tylko co jakiś czas widziałam światło w domach. Plątanina kabli nad drogą wcale nie oznacza, że każdy ma elektryczność.

Wszystko zmieniło się jak tylko dojechaliśmy do Siem Reap. Rozświetlone i szerokie (!) drogi, piękne hotele i ogromne resorty. Czy to ten sam kraj? Do turystycznej mekki dotarliśmy około 21:00. Jeszcze nie zdążyliśmy wyjść z autobusu, a tuk-tukarz już wywęszył w nas swoje ofiary. To nie my go wybraliśmy, to on wybrał nas. Mr. 22, bo tak kazał się nazywać, jeździł tuk-tukiem marki Rolls-Royce. Za podwózkę do hotelu w pobliżu Pub Street zapłaciliśmy 2$, cena początkowa 8$. Mr. 22 zaproponował, że będzie naszym kierowcą na najbliższe dni. Dobrze Mr. 22! Umowa stoi!

Mr.22 przywiózł nas do hotelu, ufff, nareszcie, padamy ze zmęczenia. Hotel okazał się niemałą niespodzianką! Był cudowny, tani, czysty, 7 minut spacerem od Pub Street, o mamusiu jest wspaniale! Hotel Visoth Boutique polecam w 100%. Za 3 noclegi zapłaciliśmy całe 180zł (2 osoby), w cenę wliczona była podwózka z dworca lub lotniska (z tym, że zapomniałam zrobić rezerwację) i godzinny masaż (skorzystaliśmy – warto!). Przywitano nas mrożoną herbatą i zimnym ręcznikiem namoczonym w mięcie. Te uprzejmości nie były tylko na dzień dobry, ale każdego dnia. Recepcjonista próbował jeszcze opowiadać o miejskich atrakcjach, o Angkorze. Wybacz kochany Recepcjonisto, ale dociera do mnie co drugie słowo. Porozmawiajmy jutro.  Teraz spaaać! Na samą myśl, o tym że zobaczę Angkor chcę żeby było już jutro. Wiecie, że marzenia się spełniają? Ja byłam tak blisko swojego marzenia, że mimo zmęczenia nie mogłam zasnąć. Mówię Wam, będzie pięknie (ale najpierw wstrząsająco)!

អរគុណ។ (okun) za uwagę! 🙂

Komentarze