Bali | dzień magicznych świątyń, pól ryżowych i śmierdzącego duriana! :)

Bali | dzień magicznych świątyń, pól ryżowych i śmierdzącego duriana! :)

Made, nasz kierowca, stawił się o umówionej godzinie przed hotelem. Do towarzystwa zabrał żonę 🙂

Musicie wiedzieć, że na Bali prawie każdego dnia odbywają się święta. Traf chciał, że tego dnia również! Z tej okazji Made i joga żona byli odstawieni w odświętne stroje. Jak się okazało mieli też odświętne kubraki dla nas! Już Was lubię! W drogę!

Jedziemy! Jejuńciu, jaka zieleń! Pierwszy przystanek – świątynia Tanah Lot. To jedna ze świątyń morskich. Wierni oddają tam hołd duchom morza, a turyści mogą się przypatrywać z boku. Booking.com twierdzi, że z naszego hotelu do Tanah Lot jedzie się max 20 minut. Na Bali mają chyba zakrzywione postrzeganie odległości, bo jechaliśmy prawie godzinę.

Kiedy dojechaliśmy na miejsce żona Made wystroiła nas w sarongi (mnie dodatkowo w balijski kubrak). Dzięki temu mogliśmy wejść na teren świątyni. Braliśmy udział w tradycyjnych modłach! Kiedy usiedliśmy po turecku podszedł do nas kapłan. W jednej ręce trzymał miskę z wodą, z której mieliśmy się napić i garstkę wylać na głowę. W drugiej ręce trzymał miskę z ryżem. Ryż należy przykleić na czoło i dekolt. Interesting!

Między przyklejaniem ryżu na czoło i oblewaniem (całej) siebie świętą wodą, żona zaczęła krzyczeć na Made. Wzięła go na bok i po ichniejszemu coś usilnie tłumaczyła wymachując rękami. Oho, czyżby małżeńska kłótnia? Okazało się, że żona zapragnęła zdjęcia z Maciejem. No problem! Zdjęcie zrobione, ale miłej pani coś nie pasowało.  Okazało się, że żona życzy sobie być przytulona przez europjskiego młodzieńca. No problem! Po kilku minutach zdjęcie wylądowało na fejsie, a uradowana żona przez godzinę zliczała lajki.

Wszyscy zadowoleni. Wracamy!

Droga na parking prowadzi przez najróżniejsze stragany z jedzeniem i kiczowatymi pamiątkami. Jedna z właścicielek takiego przybytku zaczęła krzyczeć do Made, a ten wybuchł śmiechem. Heee? Wytłumaczył, że pani bardzo spodobał się Maciej i chciałaby takiego męża. Ten niewiele myśląc podszedł do niej i poprosił o wspólne zdjęcie. Pani się tak ucieszyła, że ze śmiechu zwinęła się w kłębek. Zbiegły się koleżanki i wszyscy chichrali wniebogłosy. Lubię Was! 🙂

Jedziemy dalej, a w brzuchach burczy. Szybko skręciliśmy do przydrożnego warungu. Mają sate <3 Jak się okazało te z kurczaka właśnie się skończyły. Wiecie co zrobił Made? Pojechał do innego warungu i przywiózł specjalnie dla mnie kurczakowe sate. Maciej cieszył się podwójną porcją innego mięcha. Widzicie?! Made ma same zalety 🙂 Wiecej o balijskim jedzeniu przyczytacie tu.

Następny kierunek – pola ryżowe w wiosce Jatiluwih. To największe i najbardziej spektakularne pola na Bali. Po drodze mijaliśmy wiele mniejszych i równie pięknych tarasów ryżowych. Poprosiliśmy Made o szybkiego stopa. Tak się złożyło, że przy drodze balijska babcia sprzedawała duriany. Śmierdziało jak piorun! Spróbowaliśmy. Nie jest to smak mojego życia 🙂 Made z żoną zrobili odpowiednie zapatrzebie i kupili od razu pięć śmierdzieli.

Zajadali się nim jak ja pierogami na Boże Narodzenie. Resztki duriana zabrali do samochodu. Wszystko przeszło zapachem, a my czuliśmy tę luksusową woń do końca dnia. Pachniałam jak mieszanka sera, cebuli i starej skarpetki. Swojsko!

Pola Jatiluwih urwały wiecie co! Widoki  były obłędne!

Później Made zabrał nas do nieznanej nam z żadnego przewodnika świątyni wysoko w górach. Jechaliśmy wąskimi drogami. Kierowcy przed zakrętem trąbili, żeby dać o sobie znać. Good idea, bo o stłuczkę nie trudno. Po kilku minutach jazdy przez błotnisto-asfaltową dróżkę dotarliśmy na miejsce. Nie było tam biletów wstępu i komercyjnej otoczki. Wskoczyliśmy w sarongi. Żona kierowcy wyjęła z bagażnika koszyki z palmy kokosowej z kwiatami, kadzidłami i czymś do jedzenia.

Wiecie o co chodzi? To oferingi! Otóż Balijczycy w porze modlitwy, czyli rano, kładą takie koszyczki z darami w domowych/sklepowych świątyniach. Równoważą w ten sposób energię. Ofiarując kwiaty i inne dobra ściągają dobrą energię. W praktyce wygląda to tak, że oferingi leżą wszędzie. Kiedy są ‚świeże’ wyglądają egzotycznie i interesująco. Kiedy przeżyją kolejną ulewę i leżą na środku chodnika przywodzą na myśl raczej bałagan.

Świątynia! Niestety nie znam jej nazwy. Made tylko wspomniał, że to ‘Money Temple’, ale wujek google jej nie wyszukał. Było cicho, a w środku modliło się tylko kilku tubylców. Było mgliście i magicznie. Wszyscy klęczeli. Znów ten sam rytuał. Picie wody, przyklejanie ryżu na czoło i dekolt. Kiedy kapłan właśnie wznosił hołd bogom zadzwonił telefon. Nie zgadniecie czyj! Kapłan ze stoickim spokojem wyjął starą NOKIĘ z kieszeni i jak gdyby nigdy nic, zaczął gadać trzymając w drugiej ręce świętą wodę i ryż! Padliśmy! Made z żoną leżeli i płakali ze śmiechu. Czy już mówiłam, że Was lubię Balijczycy?

Kolejną świątynią jaką chcieliśmy zobaczyć była Pura Ulun Danu. Warto wcześniej sprawdzić prognozę pogody, bo Ulun Danu położona jest w górach. Deszcz z mgłą lubią płatać figle.

Trafiliśmy na taką ulewę, że widać było tylko ścianę deszczu. Made mnie pocieszył mówiąc, że z pewnością nie przestanie padać i nie ma sensu czekać. Co to, to na pewno nie! Czekamy! Poszliśmy w stronę straganów. Na straganie kupiliśmy przekąski i smutno chrupaliśmy. Pani z jednego z przybytków była tak miała i pożyczyła nam stołki. Siedzieliśmy w jej sklepiku dobre pół godziny.

Mniej leje, kropi, idziemy! Kiedy doszliśmy do świątyni nieśmiało wyszło nawet słońce. Dzięki Bali! Byłam zachwycona! Świątynia jest pięknie umiejscowiona. Było pusto i cicho jak makiem zasiał. Dla takich chwil warto lecieć na drugi koniec świata. Radość dla mojego serca i oczu kosztowała tylko 30 000 IDR (niecałe 9 zł). Wydatek znikomy, a kupiłam mnóstwo radochy.

Wieczorem wróciliśmy do Umalas. Następnego dnia postanowiliśmy nie wystawiać cierpliwości Made na kolejną próbę. Zostaliśmy w naszej okolicy z nadzieją na opalanie. Akurat tego jedynego  dnia niemiłosiernie lało i grzmiało. Zupełnie jakby z nieba wylewał się ocean. No trudno, taki lajf.

Kolejnego dnia, szerokim uśmiechem przywitał nas Made w recepcji 🙂 Kierunek Ubud!

Komentarze