Przemyślenia

Bloger – zawód uprzywilejowany czy napiętnowany?

Bloger, vloger, youtuberka, influencerka. Niektóre nazwiska to już marki same w sobie. Rozpoznawalni są tak samo jak celebryci znani z telewizji. Mają całe rzesze zagorzałych fanów. Marki chętnie z nimi współpracują. Raz płatnie, raz na zasadzie barteru, ale dzięki swojemu statusowi „blogera” zawsze otrzymują dodatkowe benefity. Czy zawsze jest tak kolorowo?

Jedno jest pewne. Żeby dotrzeć na szczyt trzeba złożyć w to sporo pracy. Za każdym sukcesem influencera, stoi ciężka i niekiedy mozolna praca. Przecież bieganie po mieście z kamerą, przemyślanie tego co chce się pokazać, dotarcie w „to” konkretne miejsce (najlepiej z samego rana, żeby uniknąć tłumów), reaserch ciekawostek, a potem kilka godzin spędzonych nad montażem to nie jest takie hop-siup. W gotowaniu jest podobnie. Zdjęcie produktów, później samo gotowanie i kolejne zdjęcia procesu. Finalnie, cyknięcie wymuskanej i przemyślanej fotki gotowej potrawy. Później już tylko zabawa suwakami w Lightroomie i mamy gotowy jeden wpis. To nic trudnego prawda? Niby nie, ale Ci ludzie robią to z praktycznie codziennie od roku lub kilku lat. I robią to, bo to lubią, bo chcą się tym dzielić z innymi.

Za swoją pracę często nie otrzymują wynagrodzenia (lajkami i komentarzami rachunków się nie zapłaci), a przecież youtuberem zostaje się dla sławy i szybkich pieniędzy, nie? No i przychodzi ten moment, kiedy odzywa się do nich jakiś Junior Brand Manager i chce zrobić z nimi jakiś deal. Później kolejny i jeszcze jeden. Pieniądze na koncie zaczynają się zgadzać. Pojawiają się propozycje od hoteli, które w zamian za pozytywny wpis udostępnią swój najlepszy pokój na weekend. Wypożyczą super furę w najwyższej konfiguracji, tylko po to, żeby przejechać się nią i pokazać kilka z benefitów na blogu. Blogerka kulinarna, dostanie robota kuchennego za cykl wpisów pokazujący jego wszechstronne zastosowanie. I tu dochodzimy do sedna tego wpisu. Czy blogerom należy się więcej?

Większość z tych ludzi bardzo ciężko pracowała właśnie na ten moment, kiedy w końcu mogą się utrzymać ze swojej pasji. Mogą rzucić w kąt krawat lub szpilki i powiedzieć papa pracy w korpo na rzecz rozwijania swojego bloga. Do tego dąży chyba każdy bloger i bardzo mnie cieszy, że są na tym świecie ludzie, którzy robią to co lubią, zarażają swoją pasją innych i jeszcze mogą się z tego utrzymać. Sami chcemy w przyszłości tak żyć. Problem jest jednak, kiedy taki bloger oczekuje specjalnego traktowania, a w odpowiedzi dostaje ogromny rachunek. Przeczytajcie ten artykuł, a zrozumiecie.

Z drugiej strony mamy przypadek Agnieszki z Travel in her shoes, na którą spłynęła fala hejtu za to tylko, że nie opublikowała na czas kolejnej części swojego poradnika tłumacząc się tym, że nie miał dostępu do internetu. Rozumiem ludzi rozgoryczonych tym faktem, bo przecież wydali na ten poradnik 500$ co nie jest małą kwotą, a sama autorka mogła zaplanować publikację wcześniej. Klient płaci i klient żąda. Jeśli bloger popełnia błędy to nie ma tu już miejsca na taryfę ulgową. Jednego dnia wzięta instagramerka, drugiego dnia oszustka. Nie bronię tu żadnej ze stron. W komentarzach pojawiały się głosy, że cały kurs był bardzo słabej jakości, ale czy to powód, żeby wyciągać największe działa i walić z nich na oślep w osobę, której powierzyło się wcześniej 500$. Można przecież napisać DM z info, że chce zwrotu kasy, bo kurs nie spełnia oczekiwań. Niewątpliwe cała sprawa pewnie by się nie wydarzyła, gdyby Agnieszka dotrzymała terminów.

Cała sytuacja pokazuje, jak łatwo jest się narazić nawet swoim własnym fanom. Dochodzimy do drugiej strony medalu. Od inflencerów oczekuje się więcej niż od zwykłych ludzi. Wszystko, w każdej sytuacji musi być perfekcyjne. Jeśli tak nie będzie, czujne oko hejtera zauważy to i wykorzysta. Myślę, że wśród osób czytających ten wpis, nie ma takie osoby, która ani razu nie zrobiła żadnej literówki w swoich postach na FB lub IG. Mi osobiście pisząc na telefonie, zdarza się to co chwila. Annie Lewandowskiej przytrafiła się tylko raz. W jej poście zabrakło jednego „a”. Jak zareagował internet? Mimo, że literówka szybko została poprawiona, złośliwe komentarze zalewały jej profil. Czytając o tym myślałem, że to news z Aszdziennika. Nie zdawałem sobie sprawy, że ktoś może rozkręcić taką wielką gównoburzę z powodu jednej literówki. Serio internecie?

A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Dajcie znać w komentarzach.

Komentarze