Chiang Mai | rozczarowanie czy zbyt wysoka poprzeczka?

Chiang Mai | rozczarowanie czy zbyt wysoka poprzeczka?

Lotnisko Don Mueang w Bangkoku. Wieczorny lot do Chiang Mai!

Równa godzina. Jesteśmy na miejscu. Nauczeni doświadczeniem, że na bagaże czeka się dość długo, nie spieszyliśmy się z odbiorem. Jak się okazało na lotnisku w Chiang Mai rozładunek działa całkiem sprawnie. Kiedy obejrzeliśmy już 1000 ulotek i map wróciliśmy po bagaże. Na taśmie zostały dwa ostatnie plecaki. Mój i bardzo podobny do plecaka Macieja. Czekamy. Taśma się nie kręci. Coś mi tu śmierdzi! Podbiegł do nas zaaferowany pracownik lotniska. Poprosił o karty pokładowe z potwierdzeniem nadania bagażu. Chcieliśmy go posłać na drzewo. Przecież umiemy odebrać bagaż!
Pyta:
– czy wasz plecak był podobny do tego?
– tak, trochę!

Zabrał plecak, kartę pokładową i pobiegł w siną dal. Po chwili wrócił i kazał biec za sobą. Hę? Ale o co chodzi? Okazało się, że rozbawiona Hiszpanka przez przypadek zabrała plecak Maćka, a w zamian zostawiła swój. Plecaki miały dwie wspólne cechy:
1. Były plecakami,
2. Miały czerwone wstawki.

Brawa dla pana z obsługi lotniska za czujność! Ogromne dzięki!

Jesteśmy! Dobry wieczór Chiang Mai! Uber. Po 10 minutach byliśmy w hotelu. Lotnisko oddalone jest zaledwie 3 km od murów Starego Miasta. Sabai Hotel & Hostel był bardzo w porządku. Było tanio, ładnie, czysto, śniadanie było wliczone w cenę. Jak się później okazało lokalizacja nie była trafem w dziesiątkę. Życie nocne w Chiang Mai toczy się w okolicy nocnego bazaru, nie Starego Miasta jak myślałam (wyjątkiem jest niedziela, ale o tym za chwilę). Do bazaru było kawał drogi. Zazwyczaj w drodze powrotnej kończyło się na tuk-tuku.

22:30. Idziemy zobaczyć jakie to Chiang Mai jest. Ulica Rachadamnoen. Serce Starego Miasta, a tam ani żywej duszy za wyjątkiem jednego Taja, który ciągnął swoją garkuchnię. Cisza, spokój, restauratorzy zamykający swoje knajpy, foliowe reklamówki falujące na nieśmiałym wietrze. Czy to na pewno Chiang Mai? Nie tak to sobie wyobrażałam. Byłam święcie przekonana, że Chiang Mai to tajska wersja Ubud. Spodziewałam się nocnego życia na ulicy, mnóstwa garkuchni i energicznych sprzedawców. Zastałam jedynie otwarte 7eleven. Pierwsze wrażenie? Dziwnie!

Spać, oby poranek okazał się lepszy!

Słońce przedziera się zza zasłonki. Kawa na balkonie. To lubię! Pogoda jest piękna, wypożyczamy rowery (za zawrotną kwotę 6 zł za cały dzień :))! Kierunek Warorot Market. Przejechaliśmy całe Stare Miasto. Pierwsza obserwacja – mnóstwo tu świątyń!

Warorot to wielki bazar z ubraniami, warzywami, mięsem i przede wszystkim jedzeniem! To Azja w pigułce – hałas, tłok, egzotyczne zapachy, podróbki. Moim celem było khao soi. Khao soi to popisowe danie północnej Tajlandii. To żółte noodle jajeczne zatopione w wywarze, który przypomina czerwony curry. Do tego serwowany jest kurczak i co ciekawe te same noodle w wersji na chrupiąco. Pyszne, pyszne, pyszne! Tyyyle radości za 50 THB (niewiele ponad 5 zł).

Przez pół dnia zwiedzaliśmy miasto na rowerze. Kolejna obserwacja – mnóstwo tu kawiarni. Kawę mają wyborną.

Byliśmy w niezliczonej liczbie świątyń. Najbardziej znana to buddyjska Wat Phra Singh. Bardzo, bardzo złota. Kolejna ważna świątynia to Wat Chedi Luang, która oblegana jest przez setki chińskich wycieczek. Najbardziej przypadły mi do gustu drewniane świątynie – Wat Phan Tao (tuż obok Wat Chedi Luang) i mniej uczęszczana Wat Lok Molee. Ta ostatnia to mój faworyt. Znajduje się poza murami Starego Miasta. Jest dużo spokojniej, a tuż obok znajduje się wieczorny market jedzeniowy. Chyba nie muszę przypominać, że w Tajlandii głównie chodzi o jedzenie? 🙂

Wat Phra Singh

Wat Phra Singh

Wat Phan Tao

Wat Chedi Luang

Wat Lok Molee

Wat Lok Molee

Po południu wybraliśmy się Uberem do miejscowości Bo Sang, która rzekomo słynie z manufaktury parasolek. Zdjęcia z Bo Sang w internetach wyglądały mega malowniczo. Chciałam to zobaczyć na własne oczy. Kiedy dojechaliśmy na miejsce okazało się, że w Bo Sang nie ma nawet sklepu, w którym można kupić wodę. Przy głównej ulicy absolutnie wszystkie przybytki były zamknięte. W bocznej ulicy zauważyliśmy napis ‘paper umbrella manufacture this way’. Faktycznie dwie panie sklejały kilka parasolek. Znaleźliśmy jeden dość spory sklep z zachęcający napisem ‘Famous Paper Umbrella Manufacture’. Oprócz kilku parasolek i chińskich podróbek nie było w nim nic. Zawód nr 1! Zamawiamy Ubera. Wszyscy kierowcy odrzucają nasze zamówienie. Byłam gotowa łapać stopa! Po 30 minutach walki z aplikacją Uber się zlitował. Wracamy do Chiang Mai.

Niedziela, wieczór! W niedzielne wieczory ulica Rachadamnoen zamienia się w wielki bazar – Sunday Night Market. Podobało mi się to! Podobała mi się atmosfera ożywienia, masaż za 70 THB z Changiem w ręce i jedzenie. Mnóstwo jedzenia! Lanna Food. To kuchnia północnej Tajlandii, której na niedzielnym bazarze było pod dostatkiem. Lanna food to przede wszystkim wieprzowina (o nie, dzięki!), khao soi (poproszę o dokładkę), charakterystyczne kiełbasy sai oua, nap prik, czyli warzywa maczane w ostrych sosach i miang kham, czyli małe kęsy zawijane w liście. Na pewno nie spodziewacie się, że na markecie głównie uprawianym przez nas sportem było jedzenie.

Khao soi

O 18:00 cały market zamarł. Z głośników dobiegała informacja o chwili zadumy nad niedawno zmarłym Królem Tajlandii. Wszyscy stali jak słupy soli, a Tajowie byli bardzo przejęci. Ciekawe czy to prawdziwe, czy tak wypada, czy tak trzeba?

Kolejny dzień. Wypożyczamy samochód! 1000 THB i pachnący nowością Nissan Almera był nasz. Mimo lewostronnego ruchu Maciej zdecydował się prowadzić. I tu wielki szacun i ukłony! Kiedy tylko wyjechaliśmy poza mury Starego Miasta prawie stanęło mi serce. Bałam się o nas i o samochód. Kierunkowskaz mylił się z wycieraczką, a skręt w prawo okazał się nie lada wyzwaniem. Po co nam to było?! Kiedy wyjechaliśmy na mniej ruchliwą drogę, gdzie nie trzeba było zmieniać pasów moje serducho trochę się uspokoiło.

Kierunek – Wat Phra That Doi Suthep. To świątynia, która przez niektórych uważana jest za symbol północy Tajlandii. Leży na wzgórzu i oddalona jest od miasta o jakieś 16 km. Prowadzi do niej bardzo kręta i malownicza droga. Dostaniecie się tam również pick-upem, tzw. song teow. To mega popularny wśród turystów (i nie tylko) środek transportu, który działa na zasadzie zbiorowej taxówki.

Dojechaliśmy, uff! Do Wat Phra That Doi Suthep prowadzi ponad 300 schodów. Się zmęczyliśmy! A na miejscu tłumy, chińskie wycieczki i płaczące dzieci. Samo zło! Świątynia wynagrodziła mi wszystkie bolączki. Maciej twierdzi, że była tak złota, że aż kiczowata. Trochę jest w tym prawdy, ale ja lubię świątynie. Widok na miasto też mógłby być całkiem niezły gdyby nie smog.

W planach mieliśmy również wycieczkę do wioski plemienia Hmong.

Wioska znajduje się na północ od świątyni, w Parku Narodowym Doi Suthep Pui. Górzyste tereny, piękne widoki, kręta droga. Maciej trąbił przed zakrętami żeby dać o sobie znać. Dojechaliśmy. Zastaliśmy tysiące straganów z pamiątkami i garstkę turystów, którzy nie wyglądali na zbyt zainteresowanych. Opłata za wejście do wioski i jesteśmy. A tam trzy chatki i Koreańczycy przebrani za plemię Hmong z selfie stickami! Ale jak to? Przeżyłam wielkie rozczarowanie. Liczyłam chociaż na namiastkę z życia Hmongów, muzeum, cokolwiek. Zastałam znudzonych Koreańczyków strzelających sobie selfie, zmęczonych Tajów i gromadkę uroczych dzieciaków. Zawód nr. 2!

Następnego dnia mieliśmy ambitny plan. Ja – lekcja gotowania, Maciej – trekking.
Instruktorka gotowania odebrała mnie z hotelu o 9 rano. Jak się okazało moja grupa liczyła 3 osoby łącznie ze mną. Można powiedzieć, że miałam instruktorkę tylko dla siebie, bo para Amerykanów zajmowała się głównie wyznawaniem sobie miłości. Plan był następujący:
• Punkt pierwszy – szkoła gotowania, a tam kawa i nauka zwijania spring rollsów, które zjedliśmy na śniadanie,
• Punkt drugi – lokalny bazar. Instruktorka opowiadała o warzywach, rybach, pokazywała z czego robi się pasty curry, opowiadała czym się różnią pasty curry, mówiła o lokalnych ziołach i odmianach ryżu. To było mega ciekawe! Już wiem dlaczego mój sticky ricke z ryżu jaśminowego nigdy nie smakował tak jak trzeba. Potrzebna jest specjalna odmiana ryżu. P.S. kupiłam na allegro – mój sticky rice jest już taki jak trzeba! 🙂
• Punkt trzeci – powrót do szkoły. Uczyliśmy się jak się robi pad thai, panang curry i mango sticky rice.

Jeśli lubicie gotować i interesuje Was kuchnia tajska to lekcje gotowania to ‘must do’ w Chiang Mai. Za kurs w szkole Thai Orchid Cookery School zapłaciłam 900 THB. Polecam 🙂

Trekking Macieja. W planie była wizyta na fermie motyli, rafting (Maciej się ekscytuje kiedy opowiada, chyba było fajnie :)), obiad, spływ bambusową tratwą, wędrówka po dżungli, a na koniec wizyta w wiosce plemienia Karen.

Tu zaczynają się nasze mieszane uczucia związane z atrakcjami w Chiang Mai i okolicach. Wioska plemienia Karen. Kobiety Żyrafy z obręczami na szyjach. Maciej zrelacjonował mi wizytę. Twierdzi, że wioska wyglądała na zupełnie wymarłą. Kiedy kobiety zobaczyły, że przyjechała kolejna tura turystów, wyszły zza parawanów. W pośpiechu zapinały sobie obręcze na szyi. Przystąpiły do swoich czynności na pokaz i chętnie pozowały do zdjęć. Słowo klucz – zoo z ludzi! To dopiero łagodny początek.

Słyszeliście o elephant camps? To bardzo znana atrakcja w Chiang Mai. Teoretycznie to obozowiska dla słoni, gdzie turyści mogą przebywać ze zwierzakami. Słonie można myć, karmić i głaskać. Brzmi uroczo. Słonie mają jednak związane łańcuchem nogi. Wykonują dużo nienaturalnych aktywności, np. malują obrazy trąbą. Tresowane są z dużą dawką przemocy. Są bite, ciągnięte za uszy i zmuszane do ciężkiej pracy. Dla tych z Was o mocniejszych nerwach – video.

Tiger kingdom. To miejsce, w którym można spotkać się tygrysem twarzą w twarz. Tygrysy można głaskać, czesać ich miękkie futerko, bawić się z nimi. Są dwie strony medalu. Jedni wierzą, że tygrysy zostały uratowane przed kłusownikami. Nie są agresywne, bo są ospałe, oswojone i najedzone. Druga strona medalu jest bardziej oczywista. Pieniądze, a turyści mają pieniądze. Tiger kingdom to kolejny pomysł na biznes. Biznes nie do końca moralny, bo w mojej opinii tygrysy są faszerowane środkami uspokajającymi i spędzają swoje życie w nienaturalnym dla gatunku środowisku. Dzikie zwierze raczej nie daje się głaskać hordom turystów, czyż nie tak?

Ja nie wspomagam takich biznesów! Wszystkich Was zachęcam do unikania podobnych pseudo-atrakcji. Pamiętajcie – jeśli nie będzie popytu to nie będzie podaży!

Chcecie dowiedzieć się więcej na temat elephant camps i tiger kingdom? Zajrzyjcie do mojego wpisu: Niemoralne biznesy w Azji | Dlaczego nie jeżdżę na słoniu?

Chiang Mai. Być może nie trafiliśmy na dobry czas, być może wszystko zniszczyło pierwsze wrażenie, być może na mój odbiór miasta wpłynęła świadomość o mało moralnych biznesach, nie wiem. Miałam duże oczekiwania. Spodziewałam się tajskiego Ubud, albo co gorsze tajskiego Hoi An. Zastałam tajskie miasto z mnóstwem świątyń. Miasto pięknych świątyń i fajnych marketów. To wszystko. Czy warto zostać tam na 3 dni tak jak my? Raczej nie. Nie zapałaliśmy do siebie miłością.

P.S. Wiem, że w czasie święta Songkran (tajski śmigus dyngus) i w Sylwestra w Chiang Mai jest super. Tak przynajmniej twierdzą znajomi 🙂

Kolejny przystanek – Koh Lipe. W przeciwieństwie do Chiang Mai Koh Lipe urwało nam tyłki!

Kobkun ka za uwagę! 🙂

Komentarze