AzjaChiny

Dlaczego Chiny były dla mnie ble?

Czytacie czasem moje wypociny, prawda? No i git. W takim razie wiecie, że przez trzy miesiące mieszkałam w Pekinie, gdzie nauczałam Hahę języka lengłicz angielskiego. No szoczków przeżyłam tam co niemiara. Mieszkałam w końcu z najprawdziwszą chińską rodziną. Przygoda, że siemasz! Po tych trzech miesiącach dziękowałam Bogu, że siedzę w samolocie do Hong Kongu i opuszczam to cholerne miasto. Wtedy miałam żal i byłam wykończona chińskimi obyczajami. Teraz chętnie bym tam wróciła. Ale tylko na chwilę! Tak wiecie, z czystego sentymentu. Nigdy, przenigdy, nie chciałabym tam mieszkać! Szanghaj to już inna bajka. Więcej białasów, jakoś tak bardziej zachodnio i nawet Ci Chińczycy nie patrzyli na mnie jak na ósmy cud świata. Nie oznacza to jednak, że zwyczaje drastycznie się różnią od tych w obowiązujących w Pekinie. To w dalszym ciągu ten sam kraj.

Chiny były dla mnie ble. Dlaczego? Będzie trochę brutalnie, ale szczerze. Sorry. Fanów Chin uprasza się o przejście do innego artykułu.

1. Plucie i charchanie. Ja wiem, że to uwarunkowania kulturowe, że ten typ tak ma, ale dlaczego? Dlaczego oni plują na stół w restauracjach? Chińczyk przeżuwający kawał krewetki w pancerzu wcale jej nie obierze przed włożeniem do buzi. W niezrozumiały dla mnie sposób wgryzie się w środek i pancerz wypluje na stół! To nie jest domena wyłącznie restauracji. Otóż Chińczycy w celu oczyszczenia gardła (i nosa) wypluwają wielkie gluty z najdalszych otchłani swoich zatok na chodnik, w pociągu czy w autobusie. No przecież musi, nie? Ja rozumiem, że są u siebie i ten typ tak ma, ale czy tylko ja każdego dnia z pełnym impetem wchodziłam na takie gluty? Nie wydaje mi się.

2. Mama kupa! Dzieci w Chinach bardzo często ubierane są w spodenki z rozpinaną klapką na tyłku. Idea jest bardzo prosta, ale brutalna dla tych wrażliwych. Kiedy brzdąc krzyczy kupa, mama odpina klapkę i wysadza pociechę na przykład do kosza na śmieci, za krzaczkiem przy najbardziej zatłoczonym placu w mieście, czy nawet na chodnik, a co tam! No i co z tego, że oni patrzą i zapach może się nie podobać (ale tylko białasom). On ma przecież potrzebę, nie?! Mama siku jest niemniej brutalne. Ja świadkiem! Przyrzekam na własnego bloga, że widziałam chłopca sikającego w wagonie metra! Mogliście już o tym przeczytać we wcześniejszych wpisach, bo niezmiennie od 5 lat jestem pod wielkim wrażeniem. Co za odwaga!

3. Zasada kto większy ten lepszy. No tego nie zniese! Przejście przez ulicę to walka o życie (podobnie jak w Wietnamie), bo tam panuje zasada – kto większy ten lepszy. Masz zielone światło, pewnie stąpasz po pasach, a tu bach – ciążarówa! No i co zrobisz? Nic nie zrobisz. Większy jedzie pierwszy. Przeklinałam ich w myślach. Wymyślałam najgorsze przezwiska, które nie przeszłyby mi przez gardło. Jak można aż tak nie szanować innych? No i te cholerne rowery elektryczne. No zniszczyłabym wszystkie, bo dziady są ciche i nadjeżdżają nie wiadomo skąd. Jeszcze trąbią, bo białas nie wie jak przechodzić przez ulicę. Ma zielone? Pfe, a co mnie to!

4. Twarz tęskniąca za rozumiem. Ja przepraszam bardzo, ale taka prawda! Przedstawiciele klas poniżej średniej, to osoby których twarze są wyraźnie nieskażone myślą. No jak taksówkarz może nie rozumieć słowa airport, a kelner słowa menu? Ja przepraszam bardzo, ale to są słowa klucze! Te słowa są wręcz uniwersalne! Menu?! Bicz plis! Kiedy zapytasz byle przechodnia na ulicy o drogę to zapewne ucieknie, bo te białasy jakieś dziwne są. A sorry, zacznijmy od tego, że na 80% i tak nie zrozumieją o co pytasz. No inglisz, baj baj! Litości! Moja babcia też nie mówi po angielsku, a jestem pewna, że swoimi sprawnymi rączkami wytłumaczyłaby jak dotrzeć do najbliższego spożywczaka. Zakładam, że hasło 7eleven rozumieją, chociaż kto wie.

5. Syf w domu. Wiem, bo sama w takowym obcowałam przez trzy miesiące. Ja z tych, co mają poukładane ubrania kolorami. Dlatego bałagan szczególnie mnie raził. Mieszkałam bowiem z bardzo majętnymi przedstawicielami klasy wyższej. Mieli piękny apartament na jednym z wyższych pięter w luksusowym wieżowcu. Marmury, meble za miliony monet, tv w toalecie. No ekskluziw, że hej! I syf, że hej. Ubrania porozrzucane po całym mieszkaniu, stare gazety gdzie się nie ruszysz, dym z fajek, pożółkłe firanki, resztki jedzenia na podłodze w jadalni. Przecież ayi (ciocia = sprzątaczka) jutro posprząta. Serio?

6. Chińskie wycieczki i grupy zorganizowane. To najgorsze co Cię może spotkać za granicą. Przykłady? Bardzo proszę. Santorini – urocza knajpa w Amoudi Bay, płacimy gruby hajs za świeże owoce morza, dobre wino i widok na zachód słońca. Bach! Przychodzi chińska wycieczka, zajmuje stolik naprzeciwko, robi zdjęcia podczas zachodu słońca, depcze nam po palcach, przepycha się, cały dym z fajek leci na nas. Trwa to dobre 30 minut. Dodam, że wcale nie byli gośćmi owej restauracji. Musieliśmy poprosić kelnera o interwencje. Wysłał ich do knajpy obok tłumacząc, że tam zachód widać lepiej. Piona! Takich przykładów mam w zanadrzu o wiele więcej. Oto kilka z nich: tylko Chińczycy nie zdejmowali butów przed wejściem do Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku, tylko Chińczycy palili fajki w świątyni na Bali przeszkadzając tym jakże miłym gestem lokalnej społeczności, tylko Chińczycy nie potrafili się zachować podczas uroczystości Tak Bat w Luang Prabang.  A w Chinach było tak cały czas! Oni są panami świata! Wiem – są u siebie, ale czy odrobina dobrych manier nie poprawiłaby im PR-u? Myślę, że tak.

Zgadzacie się ze mną?

P.S. Nie oznacza to jednak, że nie wybrałabym się w podróż po Państwie Środka. Chciałabym zobaczyć Guilin i Park Narodowy Zhangjiajie. Ale za Chiny nie chciałabym tam mieszkać! 😂

Komentarze