AzjaMalezja

Penang: 12 rzeczy, które musicie zrobić w Georgetown i okolicy!

Przed wyjazdem na Penang wyobrażałam sobie Georgetown jako małe, kolonialne miasteczko pełne uroczych kamienic i lokalnych knajp. Myślałam, że to takie malezyjskie Luang Prabang czy Hoi An. Oczywiście na wielu blogach czytałam, że to duże i głośne miasto, ale jakoś to do mnie nie docierało. Odpierałam tą wiadomość kodując sobie w głowie hasło – ‘malezyjskie Luang Prabang’. Wiedziałam za to na bank, że Georgetown to istna mieszanka kulturowa, bo mieszkają tam Malajowie, Chińczycy i Hindusi. Tylko to ostatnie nie minęło się z prawdą! Jakie było moje zdziwienie kiedy po dotarciu na miejsce okazało się, że Georgetown to duże miasto z biurowcami i centrami handlowymi. To zdziwienie było pozytywne, bo klimat południowo-azjatycki zgadzał się w 100%! ❤ Część z mojego hasła miała jednak sens, bo Georgetown to również kolonialna zabudowa, mnóstwo hoteli butikowych i restauracji. Z tym, że otoczka turystyczna stoi z boku (w przeciwieństwie do Luang Prabang), bo tam najzwyczajniej w świecie toczy się zwykłe życie Chińczyków czy Hindusów. W knajpach przeważają lokalsi, na ulicach widać small biznesy, z jednej strony dudni hinduska muzyka, a z drugiej chińskie sklepy z biżuterią lśnią najbardziej festyniarskim odcieniem złota pod słońcem. Musicie też wiedzieć, że Georgetown to również najsmaczniejsze miasto na ziemi nie tylko według mnie, ale i wielu innych. O jedzeniu powstanie osobny wpis, bo on po prostu na to zasługuje. Ale teraz najważniejsze – łapcie listę 12 rzeczy do zrobienia w Georgetown i okolicy!

1. Nie żałujcie sobie – jedzcie do oporu i pijcie dużo wody z kokosa! Mieszkańcy Penang to istni ‘foodies’. Miałam wrażenie, że czasem zamiast ‘jak się masz’ pytali czy jedliśmy już char kway teow. To raj dla smakoszy, który został okrzyknięty najsmaczniejszym kierunkiem pod słońcem przez The Times czy Lonley Planet. A to już nie przelewki! Zjecie tu najlepsze chińskie, hinduskie i wreszcie malajskie specjały. Nie chce się tu rozpisywać, bo to temat rzeka. Osobny wpis wjedzie na bloga już niedługo! To będzie cały przewodnik z adresami knajp! Jeśli jednak miałabym wskazać potrawy, bez spróbowania których nie można wyjechać z Penang, to postawiłabym na Asam laksa w Air Itam Asam Laksa i chicken tondori w Restoran Kapitan.

2. Znajdźcie wszystkie murale! To jest to z czego słynie Penang! Historia zaczęła się od Ernesta Zacharevica, litewskiego artysty ulicznego, który namalował najsłynniejsze murale w Georgetown, po czym został okrzyknięty przez BBC malezyjskim Banksy’m! Inspirował się codziennym życiem mieszkańców Penang przez co powstały takie murale jak ‘The Awaiting Trishaw Pedaler’ czy ‘Little Children on a Bicycle’. Wiedzcie, że jest ich naprawdę dużo i namalowane są w mało oczywistych miejscówkach. W recepcji każdego hotelu dostaniecie mapę z szlakiem murali! Szukanie ich to niezła zabawa! P.S. trend na tyle się rozwinął, że nawet niektóre hotele w ramach promocji malują murale w bocznych uliczkach. Są one mniej znane, raczej nie oznaczone na mapach, ale równie fajne!

3. Przekonajcie się w jakich luksusach żyli chińscy kupcy w Cheong Fatt Tze Mansion, zwaną też Blue Mansion. To posiadłość Cheong’a Fatt Tze, który przybył niegdyś do Azji południowo-wschodniej z chińskiej prowincji Guangdong bez grosza przy duszy. Swoją karierę rozpoczął jako … podawacz wody! Następnie prowadził sklep w Dżakarcie, a po ślubie, wraz ze swoim teściem założyli biznes, który skupiał swoje działania na sektorze rolnym. Biznes na tyle się rozwijał, że Cheong Fatt Tze z pełnym impetem wkroczył do świata finansów i przejął bank! Został również konsulem generalnym w Singapurze! Zasobność jego portfela pozwoliła mu na posiadanie kilku domów, ale ten najpiękniejszy chciał wybudować właśnie na Penang! Tak też się stało. Miejsce oraz projekt były konsultowane z mistrzami feng shiu, po czym Blue Mansion stała się jego najbardziej reprezentacyjną willą. Znajduje się w niej 38 pokoi, 5 dziedzińców, 7 klatek schodowych i 220 okien.

Ciekawostka 👉 zasadę feng shiu w Blue Mansion można zauważyć na każdym kroku, np. jeśli lustra to tylko dwa naprzeciwko siebie.

Po śmierci ostatniego syna willa została sprzedana grupie konserwatorów, którzy zajęli się renowacją. Dziś w willi znajduje się hotel butikowy, restauracja oraz ‘żywe muzeum’, które można zwiedzać trzy razy dziennie w grupie wraz z przewodnikiem, który opowiada o życiu Cheong’a i samej posiadłości. Willa zgarnęła również kilka prestiżowych nagród, np. nagrodę Ochrony Dziedzictwa Kulturowego ‚Most Excellent’ czy nagrodę najlepszego hotelu butikowego w 2008 roku. Musicie tam zajrzeć! Warto to mało powiedziane!

Godziny, w których można zwiedzać willę: 11:00, 14:00 oraz 15:30

Czas zwiedzania: ok. 45 minut

Koszt biletu wstępu: 16 RM (ok. 14 PLN)

Adres: 14, Leith Street, Georgetown, Penang

Pro-tip – bądźcie pod willą około 20 minut przed planowanym zwiedzaniem. Wtedy będziecie mieć pewność, że na pewno załapiecie się na zwiedzanie. Czasem chętnych bywa naprawdę dużo.

4. Spacerujcie po jetties! To mola na wodach oddzielających ląd od wyspy Penang, na których osiedlili się chińscy imigranci. Niegdyś było ich siedem, ale w wyniku pożaru zostało ich tylko sześć. To swoiste wioski na wodzie, w których Chińczycy wiodą normalne życie do dziś. Podejrzycie tam jak prowadzone są chińskie small biznesy, zwiedzicie świątynię, a nawet zobaczycie murale! Najbardziej znane to Chow Jetties z główną aleją pełną tanich sklepów z pamiątkami. Wybierzcie się tam z samego rana. Wtedy powinno być względnie luźno. Po południu natomiast robi się naprawdę tłoczno. Ja polecam spacer po Lee Clan Jetty, które są jakby bardziej autentyczne i nie tak skomercjalizowane. To dosłownie 5 minut spacerem od Chow Jetties. Do wszystkich ‘wiosek na wodzie’ dotrzecie spacerem np. z Lebuah Armenian (ulica, w okolicy której zjadają się najbardziej znane murale, dużo sklepów z pamiątkami, kawiarnie, itp.).

Ciekawostka 👉 nazwy jetties pochodzą od chińskich klanów, np. Chow clan = Chow Jetty.

5. Koniecznie zamieszkajcie w hotelu typu ‘heritage inn’. To dawny, kolonialny dom zaadoptowany na hotel, w którym rządzi symetria. Układ takiego domu charakteryzuje się otwartym, niezadaszonym patio oraz często dwoma (lub więcej) klatkami schodowymi. Podłogi oraz schody wykonane są z drewna, z wyjątkiem patio oraz trzech pierwszych schodków. Te wykonane są z kamienia, który lepiej sobie radzi z częstymi opadami deszczu. W oknach natomiast znajdują się piękne, drewniane okiennice, które chronią przed ostrym słońcem. No mówię Wam – kolonialna bajka! Takich hoteli w Georgetown jest mnóstwo i serio jest w czym wybierać. Ceny zaczynają się od ok. 200 zł. My zamieszkaliśmy w dwóch: Ren I Tang Heritage Inn oraz Nam Keng Hotel Penang. Obydwa były przepiękne z większym naciskiem na ten drugi, który był jednym z najfajniejszych hoteli w jakich w życiu się zatrzymaliśmy! 😍

6. Wpadnijcie do świątyni Kek Lok Si żeby zobaczyć jak style chiński, tajski i birmański mieszają się w jednym miejscu. To największa świątynia buddyjska w całej Malezji, położona w Ayer Itam (15 minut jazdy samochodem z centrum Georgetown). To co mnie zaskoczyło to ilość zieleni. No mega! Na terenie świątyni jest mnóstwo zadbanych ogrodów z egzotyczną roślinnością. Ciekawostka 👉 zwróćcie uwagę na pagodę. Jej podstawa została wykonana w stylu chińskim, środek w tajskim, a wierzchołek w birmańskim!

W związku z tym, że świątynia jest bardzo rozległa, a na dodatek położona na wzgórzu, do każdego z poziomów dotrzecie tramwajem. Bilety kupicie na stacji początkowej u podnóża góry.

Koszt biletu na tramwaje: 16 RM (ok. 14 PLN w obie strony). W skład tego biletu wchodzi przejażdżka dwoma tramwajami oraz meleksem. Początkowo nie chciałam się bawić w podwózki. Przecież mam nogi! Ale, ale na Penang jest tak gorąco (i wilgotno), że szybko się poddałam.

Wejście do samej świątyni jest bezpłatne. Natomiast jeśli będziecie chcieli wejść do pagody to wtedy będziecie musieli zapłacić 2RM (ok. 1,70 PLN).

7. Dowiedzcie się o co chodzi w kulturze baba nyonya w Pinang Peranakan Mansion. W dużym skrócie kultura baba nyonya (inaczej peranakan) to określenie chińskich imigrantów, którzy przybyli do Malajów i żenili się z miejscowymi kobietami. Dzięki temu elementy kultury chińskiej zaczęły przenikać się z kulturą malajską tworząc niezły unikat. Aha, w wolnym tłumaczeniu ‘baba’ to mężczyzna, a ‘nyonya’ to kobieta. O tym również powstanie osobny wpis, bo ten temat mnie wręcz pochłonął. Pinang Peranakan Mansion natomiast to muzeum, które niegdyś było domem bardzo zamożnego ‘baby’. Zobaczycie tam mnóstwo antyków, a od przewodnika dowiecie się opór ciekawostek na temat życia i obyczajów baba nyonya. Ciekawostka, która wyjątkowo utkwiła mi w pamięci to wróżenie podczas nocy poślubnej, a mianowicie młoda para chowała pod łóżko koszyk z kurą oraz kogutem. O poranku wyciągali z kosza ptaka. Pierwszy, który wpadł w ich ręce oznaczał płeć ich potomka. Druga ciekawostka to fakt, że pani domu tak bardzo kochała biżuterię, że stworzono dla niej kolczyki z pióra niebieskiego ptaka (którego nazwy za Chiny sobie nie przypomnę). Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że każdy włosek został oddzielnie umieszony w bryle kolczyka tworząc, na pierwszy rzut oka, zupełnie jednolitą masę. Gdyby nie objaśnienie przewodnika powiedziałabym, że to po prostu któryś z kamieni szlachetnych.

Godziny otwarcia: 9:30 – 17:00. W przeciwieństwie do Blue Mansion tu nie ma konkretnych godzin, w których organizowane są wycieczki z przewodnikiem. Po prostu zjawcie się w przedziale 9:30 – 17:00 i wtedy zostaniecie przydzieleni do grupy. P.S. w pierwszej kolejności zwiedza się z przewodnikiem, następnie sami będziecie mogli pokręcić się po willi.

Czas zwiedzania: ok. 45 minut

Koszt biletu: 20 RM (ok. 18 PLN)

Adres: 29, Church Street, Georgetown, Penang

8. Wracając do jedzenia – koniecznie wpadnijcie do jednego z hawker centers. To miejsce, w którym znajduje się mnóstwo stoisk z jedzeniem. Zjecie tam autentycznie i tanio! Hawker centers otwierają się zazwyczaj późnym popołudniem lub wręcz wieczorem. Nie myślcie, że to kolejna atrakcja turystyczna. Lokalsi wprost uwielbiają hawker centers i mam wrażenie, że to ich wieczorna tradycja – spotkać się i zamówić mnóstwo jedzenia. Nie byliśmy gorsi – zazwyczaj zamawialiśmy 8 dań! Bardzo, ale to bardzo polecam New Lane Hawker Center, które znajdziecie na Lorong Baru w Georgetown. Wpadnijcie tam ok. 17:00 kiedy jeszcze nie ma tłumu wygłodniałych tubylców. Innym wartym polecenia hawker center jest Red Garden, które znajduje się tuż obok Blue Mansion. Tu również wpadnijcie wieczorem.

9. Wybierzcie się na night market. Nocne bazary to kolejna malezyjska tradycja. Wieczorami rozstawiane są stragany, na których kupicie absolutnie wszystko – ubrania, torebki, świeże owoce i warzywa, etc. Dla mnie najważniejsze było jednak jedzenie. Tam również zjecie opór pysznych rzeczy z tym, że w przeciwieństwie do hawker centers będzie tu mniej stolików, przy których można wygodnie zjeść. Night market, który bardzo polecam to Jelutong Market, który znajduje się ok. 15 minut jazdy samochodem od centrum Georgetown. Jelutong działa tylko w piątki. Warto zaplanować swój pobyt w Georgetown właśnie wtedy!

10. Spacerujcie po Little India. Na Penang (podobnie jak w całej Malezji) mieszka pokaźna reprezentacja Hindusów. Jednym z najczęściej słyszanych języków na ulicach Georgetown jest tamilski, którym się właśnie posługują. Ich biznesy skupiają się właśnie w Little India. To mega kolorowa dzielnica pełna sklepików z przyprawami, od których z daleka kręci się w nosie czy restauracji z najlepszym indyjskim jedzeniem jakie w życiu jadłam. Zobaczycie tu kobiety w kolorowych sari i mężczyzn z gęstymi, czarnymi wąsami. Z pewnością o tym, że jesteście w Little India przypomni Wam głośna muzyka rodem z Bollywood, którą serio słychać na każdym kroku. Koniecznie tu zajrzyjcie.

11. Zjedzcie tradycyjne, malezyjskie śniadanie w kopitiam! To doświadczenie samo w sobie! Kopitiam to ogólna nazwa lokalnej knajpy, która żyje głównie z samego rana. Tubylcy przychodzą do kopitiamów nie tylko na kawę i zjeść, ale również poczytać gazetę czy zagrać w madżonga. Co do śniadania to podstawą jest tost z kaya (dżem z kokosa), na wpół surowe jajko, które należy przyprawić szczyptą pieprzu i sosem sojowym oraz mocna kawa podawana w filiżance w chińskie wzory. Na blogu Zu in Asia przeczytałam, że kawa tradycyjnie powinna być rozlana na spodku. Tak też było! Aha, początkowo wizja prawie surowego jajka nie przemawiała do mnie, ale to serio idealnie komponuje się z tostem. I ta kawa! Marzę o takim (banalnym) śniadaniu w Warszawie! Kopitiam, który bardzo polecm to Ho Ping Kopitiam. P.S. koszt takiego śniadania to ok. 5 RM (ok. 4,50 PLN).

12. I najważniejsze 👉 po prostu spacerujcie, a najlepiej zgubcie się w kolonialnej części Georgetown! Najfajniejsze co można robić to włóczyć się bez celu, odkrywać urocze zakątki i kolejne murale. 😍

Pro-tip 👉 po Georgetown poruszaliśmy się zazwyczaj pieszo, ale biorąc pod uwagę dalsze dystanse (świątynia Kek Lok Si, Jelutong Market czy lotnisko) stawialiśmy na Graba. To dużo tańsza wersja Ubera, która działa równie sprawnie. Dla przykładu: odległość z hotelu do lotniska na Penang jest taka sama jak z lotniska Chopina do naszego domu (ok 23 km). Za przejazd na Penang zapłaciliśmy 20 RM (ok. 18 PLN), za przejazd w Warszawie natomiast 48 PLN. Grab często bardziej się opłacał niż autobus miejski, gdzie komfort jest wręcz nieporównywalny. Także przed wyjazdem do Malezji koniecznie ściągnijcie apkę Graba na telefony! 😊

To kto się wybiera? Dajcie znać! 😇

Komentarze