Hoi An | Perła Wietnamu z polskim akcentem

Hoi An | Perła Wietnamu z polskim akcentem

W Kambodży poczułam podróżnicze spełnienie. Widziałam w końcu Angkor Wat, a to już coś. Prawda? Wracamy do Wietnamu! Z lotniska w Siem Reap polecieliśmy do Da Nang w środkowym Wietnamie. Stamtąd udaliśmy się prosto do wietnamskiego Kazimierza Dolnego – Hoi An! Tam poczułam się spełniona na maxa!

Bilety z Siem Reap do Da Nang były największym wydatkiem podczas całej naszej podróży (zaraz po głównych lotach WAW-SGN & HAN-WAW). Niestety na tej trasie nie lata absolutnie żadna tania linia lotnicza. Byliśmy zmuszeni zapłacić 700zł za lot, który trwał 45 minut. Piątka Vietnam Airlines. Drożej być nie mogło?! Droga Air Asia gdzie jesteś?

Podczas lotu dostaliśmy podwieczorek składający się z kanapki, soku i galaretki o smaku ręcznika papierowego z jednym rodzynkiem. Wylądowaliśmy! Trzeba przejść przez granice, tylko gdzie są celnicy? Bramki były otwarte na oścież. Stanowiska urzędników, którzy sprawdzają paszporty i wizy były zupełnie puste. Iść czy nie iść, oto jest pytanie? O co tu chodzi? Pani sprzątaczka, jedyna bystra osoba z obsługi lotniska w pobliżu, szybko zorientowała się, że coś nie gra. Zaczęła krzyczeć „Siem Reap, Siem Reap, Siem Reap”, po czym zaspani urzędnicy ostentacyjnie ziewając i przeciągając się pojawili się znikąd i zajęli swoje stanowiska. Miałam wrażenie, że im przeszkadzamy. Wiecie jaki jest drugi sport narodowy Wietnamczyków po trąbieniu? Spanie! Oni wszędzie śpią!

Paszporty i wizy sprawdzone, mamy pieczątki, nasze bagaże już na nas czekały, podobnie jak kierowca z naszego hotelu z wielką kartą z napisem WELCOME ANNA. Jak miło! Jak tylko zarezerwowałam pokój w hotelu dostałam maila z propozycją odbioru z lotniska prywatnym samochodem. Zdecydowaliśmy się, bo koszt to jedyne 12$ za dystans 40km. Kiedy dojechaliśmy do hotelu przywitała nas jego właścicielka, która swoją drogą mieszka tam ze swoją rodziną. Wiecie co?! Hotel okazał się być jeszcze lepszy od tego w Siem Reap. Dwa balkony, marmury i wanna w łazience, przewygodne łóżko i super czysty pokój za taką cenę (400zł/4 dni/2 osoby) to na prawdę rzadkość. Ale nie w Wietnamie. Tu hotele i hostele są o niebo lepsze i tańsze od tych w innych częściach Azji, w których byłam. The House 36 polecam w 101%!

Zostawiliśmy bagaże i poszliśmy na stare miasto – Hoi An Ancient Town. Żeby wejść na starówkę należy kupić bilet, który kosztuje 120 000 VND (ok. 21zł). Bilet ważny jest przez cały pobyt i uprawnia do wejścia do 5 atrakcji, np.:

  • Tradycyjne domy – Tan Ky, Duc An, Quan Thang, Phung Hung
  • Zadaszony Most Japoński ze świątynią buddyjską – Japanese Covered Bridge
  • Hale zgromadzeń – Assembly halls
  • Muzea – Museum of Trade Ceramics, Museum of Sa Huynh Culture, Museum of Folk Culture, Museum of Hoi An
  • Tradycyjne występy

*Listę atrakcji z adresami dostaniecie razem z biletem.

Poza tym musicie wiedzieć, że Hoi An to miasto lampionów. Po zmroku rozświetlają całą starówkę. No jest tu tak uroczo, że aż nie wiem co powiedzieć! Wiem za to, że Hoi An znajduje się na mojej liście – ‚TOP 3 ulubione miasteczka w Azji płd-wsch’! P.S. na tej liście jest też Ubud i Luang Prabang. <3

Tego wieczora zdążyliśmy zjeść doskonałe szaszłyki z garkuchni (a raczej grillkuchni) przy rzece, napić się wietnamskiego piwa i zobaczyć wielkiego szczura. Wracamy do hotelu. Spaaać!

Kolejny piękny dzień! Obudziło nas cudowne słońce, widok z balkonu prosto na stare miasto, w recepcji czekała na nas miła pani, która przygotowała nam pyszne śniadanie i kawę po wietnamsku. Nie mogło być lepiej, dzień dobry cudowne Hoi An! Tego dnia postawiliśmy na plażę! Wypożyczyliśmy rowery w hotelu (1,5$ za rower na cały dzień) i pojechaliśmy w kierunku plaży. Jechaliśmy jakieś 20 minut przez miasto i pola ryżowe. Doszłam do wniosku, że jazda na rowerze w taki ukrop to nawet nie najgorszy pomysł. W końcu sama ‚robię’ sobie wiatr. Niestety mój pomysł nie był aż tak wybitny, jak mi się wydawało. Buraczany kolor mojej skóry utrzymywał się do końca wyjazdu.

Po plaży spacerowały Wietnamki ubrane od stóp do głów. Sprzedawały najróżniejsze rzeczy. Jedna z nich chcąc usilnie nam sprzedać zapalniczkę (nie palimy!) tłumaczyła dlaczego jest tak grubo ubrana. Miała na sobie trzy bluzki z długim rękawem (!), długie spodnie, grube skarpety, chustkę zakrywającą twarz i kapelusz. O mamusiu, jeszcze się Pani nie ugotowała? Wietnamki, podobnie jak Chinki i większość Azjatek, nie znoszą opalenizny! Szacun babciu, ja się rozpływam roznegliżowana do granic.

Na plaży (może nie do końca odpowiadającej wyobrażeniom o rajskiej plaży, ale w dalszym ciągu bardzo przyzwoitej) spędziliśmy pół dnia. Później postawiliśmy na rower. Na szczęście troche się zachmurzyło. Ufff. Jeździliśmy bocznymi drogami, przez pola ryżowe i uprawy bliżej mi nieznanych warzyw. No ja byłam zachwycona! Jazdę na rowerze po Hoi An i okolicy polecam każdemu!

Dużo chodziliśmy, dużo jeździliśmy na rowerze, dużo oglądaliśmy. Widzieliśmy mnóstwo świątyń, Most Japoński, na którym znajduje się świątynia buddyjska (jedyny taki na świecie!), tradycyjny dom wietnamski i…Kazik Square z pomnikiem Kazia na czele! Kazik, czyli Kazimierz Kwiatkowski to idol, człowiek gwiazda dla Wietnamczyków.

Kazik to polski architekt i konserwator zabytków. W latach 80 i 90. kierował pracami konserwatorskimi w środkowym Wietnamie. Kiedy Hoi An chyliło się ku upadkowi, komuniści postanowili zburzyć starówkę i postawić tam blokowisko. Kazik stanowczo się temu sprzeciwił i uchronił stare miasto przed zburzeniem stając się tym samym przyjacielem narodu. Wietnamczycy wielbią go z całego serca, palą przy jego pomniku kadzidła i przynoszą kwiaty. Wiecie jakie to miłe spotkać polski akcent na końcu świata? 🙂

Kolejnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do ruin My Son. Wycieczkę kupiliśmy w hotelu i zapłaciliśmy po 8$ od osoby. Hotel zapewne narzuca swoją marżę, ale czy warto szukać tańszej opcji o całego dolara? Chyba nie. Jedziemy!

My Son to kompleks hinduistycznych świątyń częściowo zniszczonych podczas wojny wietnamskiej. Po wojnie rząd zdecydował o odrestaurowaniu pozostałości. Teren został oczyszczony z min, a prac podjął się między innymi zespół Kazimierza Kwiatkowskiego z nim na czele. My Son stało się ukochanym miejscem Kazika. Włożył całe serce w prace nad ruinami. Tyrał przez 16 lat mieszkając w dżungli. Teraz My Son (i Hoi An) znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO! Kaziu, szacun przeogromny!

Za dodatkową opłatą do Hoi An można było wrócić łodzią! Płyniemy!

Nie byłabym sobą gdybym nie wspomniała o jedzeniu. Każdy region Wietnamu charakteryzuje się swoimi specjalnościami. W Hoi An bardzo popularne jest cao lau (sałatka z noodli, ziół, mięsa, polana sosem rybnym) i white roses (pierożki z super delikatnego [aż prześwitującego] ciasta  ryżowego z nadzieniem krewetkowym lub mięsnym). Koniecznie spróbujcie! Mi najbardziej przypadło do gustu ban xeo, które jest również popularne na południu Wietnamu. To wielki naleśnik z ziołami i krewetkami. Należy go podzielić na kawałki, zawinąć w papier ryżowy z ziołami i maczać w sosie. Chyba zrobiłam się głodna! Więcej o wietnamskim jedzeniu przeczytacie w tym wpisie.

Przez 4 dni chłoneliśmy miasteczko wszystkimi zmysłami. Jedliśmy, jeździliśmy na rowerze, spacerowaliśmy. Mogłabym godzinami wylewać moje ochy i achy nad Hoi An, ale po co? Łapcie lepiej krótkie podsumowanie i foty! <3

Co zobaczyć i co zrobić będąc w Hoi An:

  • Spacerujcie po Starym Mieście, a najlepiej zgubcie się w plątaninie wąskich uliczek,
  • Wypożyczcie rower i jedźcie przed siebie,
  • Zobaczcie pomnik Kazika Kwiatkowskiego,
  • Plażujcie,
  • Wybierzcie się na wycieczkę do My Son,
  • Zjedzcie ban xeo,
  • Zobaczcie Most Japoński i chociaż jeden tradycyjny dom,
  • Koniecznie zróbcie sobie fote z lampionami,
  • Wybierzcie się na Hoi An Central Market (Cho Hoi An). Karmią tam wyśmienicie (i tanio)!

Następny przystanek Hanoi!

Cảm ơn za uwagę! Zostawiam fotki 🙂

 

Komentarze