Jak trafiłam do USA?

Jak trafiłam do USA?

Rok 2009. Zupełny przypadek. Newsletter Camp America w spamie na poczcie. 1300zł za wakacje w USA? Niemożliwe!

Przez kilka dni przegrzebywałam internet, czytałam o programach work & travel, campach i pracach wakacyjnych. Podjęłam decyzję. Zgłaszam się do Camp America! Powiedziałam rodzicom, że wybieram się do USA na wakacje. Wpuścili to jednym uchem, a drugim wypuścili. Nie zdawali sobie wtedy sprawy, że za kilka miesięcy na prawdę znajdę się za wielką wodą.

Zajestrowałam się na stronie Camp America. To organizacja, która umożliwia studentom pracę na obozach wakacyjnych w USA. Pracę można podzielić na dwa rodzaje – campower i counsellor. Campower to osoba, która pracuje w kuchni, sprząta, kosi trawę (czytaj – osoba od czarnej roboty, na której nie spoczywa zbyt duża odpowiedzialność). Counsellor to nic innego niż instruktor różnych sportów i opiekun grupy (czytaj – osoba odpowiedzilna za bandę rozpieszczonych dzieciaków).

Wypełniłam różne formularze, stronę ‘o mnie’, opisałam moje doświadczenie, które wtedy było nijakie. Umówiłam się na spotkanie z konsultantką w warszawskim biurze. Po rozmowie moja aplikacja została ‚wrzucona’ do systemu i tak czekałam i czekałam dobrych parę miesięcy. Nikt się nie zgłaszał. Prawie straciłam wiarę, że wyjadę. Co jakiś czas dzwoniłam do biura żeby się przypomnieć, aż w końcu dostałam zaproszenie na targi. Takich chętnych jak ja było ponad tysiąc. Zgłosiłam się do Independent Lake Camp, gdzie rozmowy przeprowadzał dyrektor obozu – Nigel. Mój angielski był wtedy na poziomie -1. Bałam się odezwać. Kiedy nadeszła moja kolej, coś z siebie wykrztusiłam nadrabiając raczej dobrą miną iiiii…udało się! Nigel przyjął mnie na swój camp jako campower.

Pod koniec kwietnia dostałam pierwszą w życiu amerykańska wizę, a dokładnie 14 czerwca leciałam już do Nowego Jorku. Na pokładzie samolotu poznałam kilka osób, które jak się okazało też jadą na ILC (Independent Lake Camp).  Na lotnisku czekał na nas przedstawiciel Camp America, który zawiózł nas do hotelu na przedmieściach Nowego Jorku. Czułam się jak w filmie, wszędzie żółte taxówki, po lewej w oddali Manhattan, po prawej Stadion Jankesów. Była ekscytacja!

Kolejnego dnia przyjechał po nas schoolbus. Kierunek camp! ILC znajduje się w stanie Pensylwania, w pobliżu miasta Scranton (kręcili tam serial „The Office”) w środku lasu, gdzie łatwiej o skunksa niż człowieka. Przywitał nas Nigel. Ten sam który mnie zatrudnił na targach w Warszawie. Opowiadał o campie. Zaprowdził nas do naszych domków a.k.a. lepianek. Pierwszy rzut oka. O mamo, czy ja mam tu mieszkać?!

Wieczór! Integracja w pobliskim barze w Orson.  W dowodzie nieskończone 21 lat. Wyprosili mnie o 21:00. Co zrobisz, taki lajf! 😂

Następnego dnia rozpoczęła się praca w kuchni. Nikt  nie miał pojęcia co nas czeka. Przygotowywaliśmy posiłki dla bandy dzieciaków – śniadania, lunche, kolacje. I tak przez 10 tygodni, ulepieni w tłuszczu z frytek, zmęczeni, często brudni, ale szczęśliwi. Pobyt na campie to niezła szkoła i wspaniała przygoda, którą będę wspominać do końca życia.

Moje doświadczenia z USA nie zakończyły się na pracy na campie w 2009 roku. Wróciłam w to samo miejsce rok i dwa lata później. Za trzecim razem nawet awansowałam!

Pamiętajcie – dla chcącego nic trudnego! Przed wyjazdem nie miałam grosza przy duszy, a dzięki pracy na campie udało mi się przejechać cały kraj. Dzięki Camp America byłam w Nowym Jorku, Chicago, Filadelfii, Waszyngtownie, Baltimore, Bostonie, Miami, Orlando, Nowym Orleanie, Houston, Dallas, San Antonio, Fort Worth, Phoenix, Los Angeles, San Francisco, Las Vegas, Seattle, Meksyku, na Bahamach, nad Niagarną i Wielkim Kanionem, w Parkach Narodowych i wielu innych miejschach. Widzicie? Wszystko jest możliwe!

Wiecie co jest najpiękniejsze? Ludzie! Ludzie, których tam poznałam stali się moimi przyjaciółmi!

Czy ktoś się jeszcze zastanawia, czy warto skorzystać z work & travel? 😇

Komentarze