AzjaChiny

Jak znalazłam się w Chinach?

Do Azji zawsze mnie ciągnęło. Od kiedy pamiętam Daleki Wschód był moim największym marzeniem. Obejrzałam chyba całego YouTuba z azjatyckim contentem. Doszłam do wniosku, że muszę coś z tym zrobić. Przeszukałam pół internetu, aż wpadłam na program DARMASISWA. To stypendium oferowane przez rząd indonezyjski na naukę języka, muzyki, tańca, itp. właśnie w Indonezji. Nawet się nie zawahałam. Skompletowałam wszystkie wymagane dokumenty i wysłałam je do Ambasady Indonezji w Warszawie. Niestety nie dostałam się, ale za to koleżanka, która ze mną aplikowała tak. Poleciała na rok na Bali i się zakochała, w wyspie rzecz jasna.

Po mojej klęsce z Indonezją nie poddałam się. Szukałam dalej. Przypadkiem natknęłam się na program Au Pair w Chinach.

Od razu kliknęłam ‚aplikuj’. Następnego dnia zadzwoniła do mnie koordynatorka programu, żeby przeprowadzić wywiad i sprawdzić mój angielski. Aha, angielski odgrywał w tym wszystkim kluczową rolę, bo nie był to zwykły wyjazd dla Au Pair. Program ten polegał tylko i wyłącznie na nauczaniu angielskiego dzieci z bogatych, chińskich rodzin, w zamian za darmowy przelot w jedną stronę, mieszkanie, wyżywienie, lekcje chińskiego i dość marne kieszonkowe.

Później wszystko poszło z górki. Po dwóch tygodniach czekania zgłosiła się do mnie rodzina z Pekinu. Rozmawialiśmy na Skype przy pomocy tłumaczki. Lucy, czyli moja hostka powiedziała, że „the most important thing is to take care of my husband” więc możecie sobie wyobrazić jaki był jej angielski. Następnego dnia dostałam już informację z biura, że Lucy jest zachwycona i chce żebym do nich przyleciała na trzy miesiące. Ależ była ekscytacja!

Lecę! Start w Warszawie i szybka przesiadka w Moskwie.

Lotnisko w Moskwie to stan umysłu, if you know what I mean. Na końcu rękawa znajdowały się schody, które prowadziły wprost do… koparki, którą trzeba było obejść żeby wsiąść do autobusu.

Jest samolot, zajęłam swoją miejscówkę! Po chwili dosiadł się też mój azjatycki sąsiad, który niemiłosiernie głośno żłopał wodę. Na szczęście po kilku minutach zrezygnował z mojego towarzystwa i przysiadł się do mnie bardzo sympatyczny rodak. Jak się okazało przewodnik. Przegadaliśmy całą drogę.

Lądujemy!

Jestem obiema stopami na chińskie ziemi. W hali przylotów czekała na mnie Lucy i koordynatorka z chińskiego biura. Trzymały tabliczkę z napisem ‚Anna welcome to China’!

O matko to się dzieje! Jestem w Chinach!

Prywatny kierowca Pani Chinki zabrał nas do ich apartamentu w wieżowcu z basenem. Pracownica biura po drodze wręczyła mi chińską kartę sim, kartę do metra i mapę Pekinu. Mieszkanie Państwa Lee znajdowało się na 32 piętrze, a okna wychodziły na las wieżowców.

No i hit programu – poznałam mojego podopiecznego Hahę. Nie lubił swojego chińskiego imienia i kazał na siebie wołać Howard. Niech Ci bedzie Howardzie! Jak na chińskie warunki był dość pulchny. Łączyła nas pasja do jedzenia 🙂

Dostałam wielki pokój z łazienką, codziennie mogłam korzystać z basenu, a pod nosem było metro. Ze stacji Sanyuanqaio na Plac Tiananmen można było dojechać w 20 min. To był dar z nieba, bo jazda samochodem albo autobusem po Pekinie to koszmar.

Później Pani Chinka zabrała nas na obiad do pobliskiego centrum handlowego. Wtedy doszło do pierwszego starcia – ja kontra pałeczki. Kiedy powiedziałam, że nie przepadam za mięsem, ich zdziwienie nie znało granic. Ale jak to? Nie jesz pork ani beef? No way! Really?! Lucy zamówiła mi coś wegetariańskiego, po czym dostałam czarne jajko z ryżem. Możecie sobie wyobrazić moją minę. Z czasem jednak utwierdziłam się w przekonaniu, że czarne jajko to nic takiego, w porównaniu z tym co Chińczycy potrafią zjeść.

Tego dnia miałam wolne i mogłam odpocząć po podróży. Nauka z Hahą rozpoczęła się nazajutrz. Byłam trochę przerażona jak dowiedziałam się, że jedyne słowo jakie dobrze wypowiada Gruby to „monster”. Na szczęście był bystry i szybko łapał. Po jakimś tygodniu zaczęliśmy rozmawiać bez używania rąk. Rzecz jasna nie była to płynna rozmowa tylko gadka na zasadzie Kali być Kali jeść, ale dało się zrozumieć co Pulchny miał na myśli.

Oj działo się! Przez pierwsze dwa tygodnie wszystkim się ekscytowałam. Później ekscytacja przerodziła się w irytacje. Chiny są męczące na dłuższą metę. Poza tym okazało się, że jestem ptakiem w złotej klatce, bo Pani Chinka nie pozwalała mi wychodzić kiedy miałam na to ochotę (po pracy dla ścisłości). Tłumaczyła, że się o mnie boi. Sama wynajdywała mi zajęcia. Kiedy zgłosiłam ten problem do agencji okazało się, że „rozkład dnia to mogę mieć w swoim kraju, teraz jestem w Chinach”. Oh jak miło! Nie na to się pisałam!

Ostatni miesiąc był kiepski i odliczałam czas do wyjazdu. Kiedy wsiadłam do samolotu do Hong Kongu kamień spadający z mojego serca było słychać w Warszawie. Znowu byłam wolna, nikt mi nie wyliczał czasu spędzonego poza domem!

Okazało się, że nie było osoby na tym programie, która nie narzekała. Agencja przetrwała jeszcze kilka zakłamanych sezonów i podobno zwinęła manatki.

Czy żałuję? Nie! Mimo, że większość czasu spędzałam z moimi Chińczykami to zwiedziłam Pekin wzdłuż i wszerz, poznałam prawdziwe chińskie życie i chińskie zwyczaje.

Małe sprostowanie – nie myślcie że moi Chińczycy byli dla mnie niemili. Nic z tych rzeczy. Zabierali mnie do ekskluzywnych knajp i na wycieczki. Ale! Ale ile można z nimi przebywać i znów słyszeć od Lucy „why you want to meet friends, just stay with me!”.

Więcej moich chińskich relacji znajdziecie tu. Bedzie ostro! 🙂

 

 

Komentarze