Kazbegi | na końcu świata!

Kazbegi | na końcu świata!

Ruszamy do Kazbegi!

Dworzec Didube w Tbilisi. Szukamy marszrutki do Kazbegi, a właściwie Stepancmindy, bo to obecna nazwa miasteczka. W hostelu poinformowano nas, że odjeżdżają praktycznie co chwilę do 18. Dworzec wygląda jak targ w Rykach dobre 20 lat temu. Sprzedają tam chleb, ryby, rajstopy, majtki, warzywa, owoce. Gdzieniegdzie wiszą czurczele. Jest bardzo lokalnie!

Pytamy pierwszego lepszego przechodnia o marszrutkę do Kazbegi. Okazuje się, że srogi Gruzin mógłby nas zawieźć swoim samochodem. Chce 70 GEL. W skład podwózki wchodzą postoje w ładnych miejscach. 70 GEL? Nie, za dużo, dziękujemy. Za marszrutkę zapłacimy tylko po 10 GEL. Szukamy marszrutki. Jest! Siedzimy i czekamy na odjazd. Przysiadł się do nas miły Amerykanin, który zaproponował wspólną jazdę samochodem z kierowcą, z którym przed chwilą się targowaliśmy, za 50 GEL. Przesiadka, jedziemy samochodem!

Będziemy jechać gruzińską Drogą Wojenną. Ileż to ja się naczytałam jakie tam piękne widoki! Widoki były przepiękne, ale humory popsute na amen! Czytajcie dalej 👈

Jedziemy! Gość wyprzedzał na trzeciego i cały czas rozmawiał przez starą Nokię. Dużo się nasłuchałam o gruzińskim stylu jazdy przed wyjazdem, ale to przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Kilka kilometrów za Tbilisi minęliśmy wypadek. Samochód leżał w rowie. Nasz kierowca zatrzymał się i wybiegł z samochodu krzycząc ‘eta drug’! Wrócił i powiedział: ‚wódka, za dużo wódki!’. Jedziemy dalej. Minęliśmy Twierdzę Ananuri i poprosiłam uprzejmie, żeby się zatrzymał. Udawał, że nie słyszy i jechał dalej. Zapytałam głośnej. Zaczął krzyczeć – ‚no stop, no stop!’. Zrobiło się nieprzyjemnie. Łaskawie się zatrzymał i powiedział, że za stop 20 GEL więcej! No ładnie. Na pewno nie zapłacimy więcej, chociażby dla zasady! Odechciało mi się wszystkiego. Przez resztę drogi nikt się nie odzywał i nie zgadniecie, ale już nigdzie się nie zatrzymaliśmy. Kierowca cały czas rozmawiał przez telefon. Gadał nawet jak wyprzedzał ciężarówki tuż przy krawędzi urwiska. Szaleniec jeden!

Jechaliśmy długo, bo prawie 3,5h. Dojechaliśmy! Nie zapłaciliśmy ani grosza więcej! Baj baj kierowco, wcale nie było nam miło Cię poznać! Właśnie wtedy pierwszy raz poczułam się jak na totalnym, zapomnianym końcu świata! Ani żywej duszy na ulicy, gdzieniegdzie w domostwach paliło się światło, oświetlenie uliczne przypominało raczej to z horrorów, mgła, prawie nic nie widać. Nigdy się nie czułam tak daleko od domu.  Podreptaliśmy w kierunku zarezerwowanego wcześniej hostelu. Pukamy do drzwi, miła Pani zaczyna:

Pani: Poljaki?

My: tak,

Pani: niet dla was komnaty, eta problemo z wodą w całym Kazbegi!

My: ale jak to? Mamy rezerwacje!

Pani: idicie sa mnoj!

Idziemy do sąsiadów. Pokój się znalazł. Ufff. Kamień spadający z mojego serca słyszeli chyba w Tbilisi. Na pierwszy rzut oka było widać, że pokój był dopiero odnowiony. Oprócz trzech łóżek, pościeli i żyrandola nic w nim nie było. Nie ważne! Ważne, że mieliśmy dach nad głową. Prysznic okazał się być wielkim wyzwaniem, bo strumień wody wyglądał jakby ktoś wyciskał cytrynę. Było zimno jak cholera. Spaliśmy na jednym, małym łóżku pod dwiema pierzynami! Nastawiłam budzik na 7 rano. Byłam święcie przekonana, że droga do klasztoru zajmie nam około 3h. Tego dnia musieliśmy jeszcze wrócić do stolicy. Całe szczęście, że obudziliśmy się o 9! Zaraz dowiecie się dlaczego.

‚Centrum’

Ruszamy! Idziemy zobaczyć Klasztor Cminda Sameba! Powód, dla którego od zawsze chciałam przejechać do Gruzji. Była ekscytacja! Ciepło się ubraliśmy. W końcu to październik. Maciej stwierdził, że wygląda jak szwedzki instruktor fitnessu z lat 70′. Coś w tym jest, dajcie mu lajka! 🙂

Po drodze nie spotkaliśmy ani żywej duszy. Na chodniku minęliśmy za to krowę. Sklepy były pozamykane, cisza, spokój i mgła zawieszona nisko nad miasteczkiem. Kupiliśmy uschnięte chaczapuri i wodę w okienku sklepowym. Dalej ani żywej duszy! O co tu chodzi? Szliśmy pod górę, mijaliśmy domostwa, a nas mijały samochody. Kierowcy proponowali, że nas zawiozą na górę. Co to to na pewno nie! Ja już nie gadam z kierowcami!

Widoki były piękne. Gość z owcą na smyczy pozostanie na długo w mojej pamięci 😂 Tylko niech ta mgła już zniknie, proooszę! Spacero-wspinaczka zajęła nam 1,5h. Resztkami sił weszliśmy na szczyt i co? Mleko! Nic nie było widać. Ledwo widziałam czubek własnego nosa. Gdzie ten klasztor?!

Szliśmy za lokalnym pastuszkiem (przynajmniej tak wyglądał). Tak dotarliśmy do klasztoru. Zaczęły się zjeżdżać samochody z lokalsami. Wszystko jasne! Była niedziela. Przyjechali się modlić. Obeszliśmy klasztor dokoła. Maciek zafundował sobie pamiątkę w postaci guza na środku głowy uderzając z całej siły w niskie wejście do klasztoru. Co teraz? Wracamy? Załamka! Wracamy, bo co zrobisz? Nic nie zrobisz!

Było mi taaaak przykro! Ledwo powłóczyliśmy nogami. Dotarliśmy do zakrętu. Ostatni rzut okiem. Mgła zaczęła opadać! Po 5 minutach klasztor pokazał nam się w całej okazałości. Po 10 minutach odsłoniły się masywne góry! Jak pięknieeeee! Widok powalał na kolana! Mgła się rozstąpiła, wyszło słońce! Dziękuję Ci Gruzjo! Tego widoku nigdy nie zapomnę! Było najpiękniej na świecie! Gdybyśmy wyruszyli o 7 to prawdopodobnie zobaczylibyśmy wielkie nic. Jak dobrze, że zaspaliśmy!

Wracamy. Idziemy na zasłużony obiad! Knajpa w samym centrum miaseczka (jeśli można tu mówić o centrum). Obsługiwał nas miły chłopak, którego odwiedził kolega. Najwyraźniej wpadał tu często, bo wszedł za bar i jak gdyby nigdy nic zaczął pić czczę z butelki po wodzie mineralnej. Spoglądał na nas z zaciekawieniem. Pyta:

Kolega: Poljaki?

My: Poljaki!

Kolega: Polać? Tak ciut ciut?!

My: Polać!

Chłopak podszedł do sprawy na poważnie i pił ze szklanki. Nas oszczędził i wyjął kieliszki. Mocne to jak cholera! Oj wesoło było! Pytamy:

My: gdzie się nauczyłeś polskiego?

Kolega: pracuję w informacji turystycznej, a tam dużo Poljaków przychodzi więc jakoś tak wyszło. Ale od dziś biuro zamknięte.

My: i co będziesz robić?

Kolega: będę pić. Ja lubię pić. I co zrobisz? Będę pić bo zimno, a rozgrzać się trzeba,

My: to polej!

Kolega: Poljaki zostańcie na noc, zrobimy imprezu!

My: nie możemy, jutro w nocy mamy samolot do Warszawy, ale na pewno tu wrócimy!

To jest właśnie ta gruzińska gościnność, o której tyle słyszałam!

Kiedy wyszliśmy przed knajpę traf chciał, że czekała na nas marszrutka. Odjazd za 20 minut. Poszliśmy po plecak do hostelu. Miła Pani z pseudo-recepcji zagaiła rozmowę:

Pani: Poljaki?

My: da!

Pani: mój dziadzia żywioł w Warszawie, wy pozdrawiaju Warszawe!

My: pozdrowimy!

Pani: haroszej pojezdki!

My: spasiba!

Nie zgadniecie! Marszrutkarz sam z siebie zatrzymał się przy Twierdzy Ananuri. Zaczęłam przeklinać w myślach wczorajszego kierowcę. Marszrutkarz usilnie zagadywał do Macieja:

Kierowca: ona krasiwyje głaza (pokazuje na oczy),

Maciej: da, da, spasiba,

Kierowca: coś niezrozumiałego,

Maciej: ja nie paniemaju pa ruski,

Kierowca: ja nie paniemaju pa polski, ale głaza krasiwyje!

Kupiliście mnie! Zapominam o taxówkarzach. Gruzjo! Wrócę, na pewno wrócę! ❤

P.S. 1 – we wtorek na lotnisku spotkaliśmy kolegę z USA. Powiedział, że w poniedziałek napadało tyle śniegu w Kazbegi, że nie mógł się stamtąd wydostać. Nie jeździły marszrutki. Musiał zapłacić grube lari lokalsom za podwózkę do Tbilisi. Mieliśmy szczęście!

P.S. 2 – drogę powrotną do Tbilisi skutecznie utrudniały stada owiec, które bezpośrednio uczestniczyły w ruchu drogowym 😅

მადლობა [madloba] za uwagę! Zostawiam fotki 😇

Komentarze