Last nights in Bangkok!

Last nights in Bangkok!

Dobry wieczór Bangkoku! Lotnisko Don Muang. Kolejka do okienek dla cudzoziemców jak zwykle jest ogromna. Kolejne tajskie pieczątki w paszporcie. Znów jesteśmy w Tajlandii! Jak ja lubię Tajlandię! ❤ Uber. Korki. Jesteśmy w kolejnym hotelu. Tym razem Paragon One Residence. Lokalizacja jest idealna, pokój jest czysty i duży. Mamy nawet balkon! To w końcu wersja deluxe. 😅

Późny wieczór. Uber. Silom Road, która żyje przez całą dobę. Uliczni sprzedawcy, garkuchnie, grillowane mięsa, kolorowe taxówki, przekrzykujący się Tajowie. Taki Bangkok lubię najbardziej. Kierunek Lebua State Tower. Hotel znany z filmu Hangover 2. Oglądaliście? Ja też! 😇 Na 64 piętrze znajduje się Sirocco Bar. Najwyżej na świecie położony sky bar! W Sirocco obowiązuje dress code. Japonki, szorty i rozciągnięte t-shirty nie mają wstępu. Panowie muszą mieć na sobie długie spodnie, a panie najlepiej sukienki. Tajowie to sprytny naród. Przed wejściem do hotelu prowadzą biznes dla nieprzygotowanych turystów. Wypożyczalnia butów i długich spodni! Zapomniałaś szpilek? No problem? Nie masz długich spodni? No problem! Myślałam, że widziałam już wszystko. Azja jednak nie przestanie mnie zaskakiwać!

Wjeżdżamy! Przy windzie na 64 piętrze czekają panie w pięknych sukienkach, które wskazują drogę. Proponują też szampana. 6000 THB (niewiele ponad 600 zł). Nie dzięki, chyba napiję się wody. Do Sirocco nie idzie się na drinka. Do Sirocco nie idzie się na kolację. Do Sirocco idzie się dla widoku! Widoku na potężny Bangkok! Ten widok przyprawił mnie o gęsią skórkę! Lubię Cię Bangkoku. Jesteś męczący, ale naprawdę Cię lubię!

Rachunek za piwo i wodę wyniósł 700 THB (niewiele ponad 70 zł). Czy to dużo? Tak. Czy warto przepłacać? Taaak!

Późno się zrobiło. Wracamy do hotelu. Spać!

Witaj kolejny dniu. Dziś mamy bardzo napięty grafik. Pałac Królewski i Wat Phra Kaew, Wat Pho, Wat Arun. Zakładamy długie spodnie i t-shirty zakrywające ramiona. W drogę!

Pałac Królewski otwarty jest od 8:30. Ulica dokoła jest zagrodzona. Pierwszy krok to odprawa bezpieczeństwa. Policja skanuje torby i sprawdza paszporty. Pierwsza wpadka! Nie mam paszportu. Nawet dowód osobisty zostawiłam w hotelowym sejfie. Maciej miał więcej oleju w głowie i zabrał swoje dokumenty. Strażnik weryfikuje paszport Macieja.

Strażnik: Poland?

Maciej: Poland!

Strażnik: Legia Warszawa?!

Maciej: Haha tak! A znasz Lewandowskiego?

Strażnik: Jakbym mógł nie znać! Dzięki za paszport, miłego zwiedzania!

Ufff dokument Macieja wystarczył 🙂

Dotarliśmy na miejsce w momencie otwarcia z nadzieją na niezbyt duże kolejki. Strategia była przemyślana, ale rzeczywistość szybko ją obaliła. Chińska inwazja! Chinki z parasolami przeciwsłonecznymi, Chińczycy przepychający się łokciami. Najgorsze jednak przed nami. Chińskie wycieczki zorganizowane! Poruszają się w licznych stadach. Są głośne, wszędzie ich pełno, nie zwracają uwagi na to, że w pobliżu są inni, nie szanują zasad, nie zdejmują butów przed wejściem do świątyń.

Idziemy. 500 THB (niewiele ponad 50 zł od osoby) i bilety są nasze. Szczęka w dół! Tu naprawdę jest królewsko! To potężny kompleks składający się z imponujących budynków. Chakri Mahaprasad, Sala Tronowa, Sala Audencyjna, Wat Phra Kaew. Wat Phra Kaew czyli Świątynia Szmaragdowego Buddy to Tajlandia w pigułce! To najbardziej typowy przykład tajskiej sztuki. Świątynia została wybudowana po to, żeby przechowywać w niej najcenniejszy posąg – posąg Szmaragdowego Buddy. Jest pięknie!

Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. Ale gorąco! Idziemy do Wat Pho. 10 minut spaceru wzdłuż murów Pałacu Królewskiego i jesteśmy na miejscu. Bilet. 100 THB (niewiele ponad 10 zł). W cenę wliczona jest butelka wody. Miłe to! Wat Pho znana jest z posągu leżącego Buddy. Posąg ma aż 46 metrów długości i pokryty jest złotem! To się nazywa rozmach! To nie koniec. Za świątynią Leżącego Buddy strzelają w górę ogromne stupy (chedi). A jeśli bolą Was stopy to warto skorzystać z masażu. Wat Pho uważana jest za miejsce narodzin tajskiego masażu! No podoba mi się tu!

Kolejne ważne miejsce. Wat Arun. To świątynia po drugiej stronie rzeki Menam (Chao Phraya). Spacer z Wat Pho do przystani Tha Tien nie zajmuje więcej niż 5 minut. Łodzie odpływają co chwilę. Rejs kosztuje całe 4 THB (0,40 gr). Niestety świątynia była w remoncie. Rusztowanie na rusztowaniu. Ze wspinaczki na szczy nici!

Zgłodnieliśmy! Wang Lang Market. 7 minut jazdy tuk-tukiem od Wat Arun. O dziwo po tej stronie rzeki tuk-tuki są dziwnie tanie. Jedziemy! Na Wang Lang Market przychodzą tubylcy żeby się najeść! Ciężko się tam dogadać po angielsku. Dobrze wiedzieć, że kurczak po tajsku to gai, wieprzowina to moo, a maj pet to nie ostre. To raj! Massaman curry i zielone curry z Wang Lang będą mi się długo śnić! Wpadnijcie tu przy okazji wizyty w Wat Arun! To lokalny koloryt w pigułce.

Upał mnie wykończył. Jest 15:00 a ja nie mam siły. Nawet woda ze świeżego kokosa nie pomaga. Prysznic i krótka drzemka to lek. To postawi mnie na nogi!

Pomogło! Uber. Kierunek Saphan Taksin Pier. Rejs po kanałach Thonburi. Znalezienie łódki nie było trudne. Przy wejściu na przystań siedział Taj z grubym łańcuchem na szyi. Oferował rejsy longboatami po kanałach. Targowanie. 900 THB za godzinny rejs (niewiele ponad 90 zł, za dwie osoby). Bierzemy! W skład godzinnego rejsu wchodził 15 minutowy postój przy tamie do jednego z kanałów. Te tajskie biznesy! Było ciekawie, było biednie. Mijaliśmy drewniane domostwa, psy wylegujące się na pomostach, małe świątynie. To zupełnie inny Bangkok. Bangkok z innej perspektywy. To miasto zadziwia i fascynuje w każdym calu. Mogłabym je chłonąć godzinami. Pod warunkiem, że temperatura spadnie poniżej 40 kreski.

To nasz ostatni wieczór. Jedziemy na Khao San Road. Tu dzieje się wszystko. A w weekend to wszystko dzieje się ze zdwojoną siłą. Imprezy, głośna muzyka dudniąca w uszach, masaż, mango sticky rice, pad thai. Bangkoku będę tęsknić!

Sàwàddee ostatni dniu! Jak dobrze, że lot mamy o 21! Bangkoku mamy dla siebie jeszcze cały dzień. Uber! Jedziemy na pływający market Taling Chan. To tylko 10 km od naszego hotelu. Świat stał się zupełnie inny. Jest rano. Sprzedawcy dopiero rozstawiają swoje towary. W garkuchniach odpalają grille. Jak tu pachnie! Jak tu kolorowo! Jak tu egzotycznie! Kobiety w łodziach smażą, grillują, robią green papaya salad. Znów jestem w niebie! To miejsce ‘must be’ podczas wizyty w Bangkoku! Spędziliśmy tam dobre 3 godziny. Jedliśmy. I jedliśmy. I jeszcze jedliśmy. Uwielbiam pływające markety!

Zaczyna się robić tłoczno. Wracamy do miasta. Wizyta w stolicy nie byłaby kompletna bez zakupów na Chatuchak Weekend Market. Jak dobrze być w Bangkoku w weekend. Wtedy do życia budzą się pływające markety i Chatuchak!

Na Chatuchak jest podobno ponad 8000 stoisk! Można tam kupić wszystko. Pamiątki, buty, ubrania, jedzenie. Wszystko! Zakupowy szał! Nie wiem gdzie patrzeć, nie wiem gdzie iść! Chcę wszystko! 4 godziny później z siatkami pełnymi tajskich dóbr wracamy do hotelu. Czas na nas. A co jeśli ktoś nie chce wracać?

Prysznic w ogólnodostępnej łazience w hotelu. Paragon One Residence dzięki za to! Uber do stacji Paya Thai. Pociąg na lotnisko Suvarnabhumi. Wracamy do domu. Cześć Tajlandio! Nie dziwie się, że wszyscy chcą Cię zobaczyć. Jesteś piękna, jesteś wciągająca, jesteś egzotyczna!

Do szybkiego zobaczenia!

P.S. Czytaliście wpis z pierwszych dni w Bangkoku? Tu nadrobicie zaległości.

Kobkun ka za uwagę!

 

Komentarze