Luang Prabang | zachwyt totalny!

Luang Prabang | zachwyt totalny!

Luang Prabang. Perła Laosu wciśnięta między rzekę Nam Khan i potężny Mekong. To Azja przefiltrowana przez moje osobisto sitko. Daleko stąd porzuca hałas, korki i nachalnych sprzedawców. Zostawia to co najlepsze – spokój, ciszę, mnóstwo świątyń, mnichów w pomarańczowych szatach i ludzi z sercem na dłoni. Luang Prabang od dawna gościło na szczycie mojej bucket list. Ta lista właśnie się skurczyła. Skurczyła się o pozycję, która zawładnęła moim serduchem.

Godziny kombinacji i sprawdzania różnych połączeń lotniczych. Nie było to takie oczywiste. Do Luang Prabang dotarliśmy przez Langkawi i Kuala Lumpur. Samolot z KL był prawie pusty. Niemalże każdy pasażer miał tylko dla siebie trzy miejsca. Po trzech godzinach lotu zobaczyłam z góry majestatyczny Mekong i wzgórza o wschodzie słońca. Czuję, że będzie dobrze!

Na płycie lotniska stał tylko jeden samolot. Nasz samolot. Przed kontrolą paszportową trzeba wypełnić formularz aplikacyjny niezbędny do otrzymania wizy na lotnisku. Formularze dostępne są na miejscu. Ważna rzecz – trzeba mieć ze sobą dwa zdjęcia (jak do dowodu/paszportu)! Jeśli takiego zdjęcia nie macie możecie je zrobić na miejscu za dodatkową opłatą. Formularze wypełnione, zdjęcia załączone. 30$ opłaty wizowej i jesteśmy w Laosie! Co ciekawe opłaty dla obywateli różnych krajów różnią się, np. obywatele Kanady muszą zapłacić 42$, obywatele Szwajcarii natomiast nie płacą nic. Od czego to zależy? Mnie nie pytajcie. 😉

Bierzemy taxi do miasta. 60 000 LAK (ok. 27 zł), 15 minut i jesteśmy przy poczcie głównej. Czy mi się wydaje czy tu jest zimno? W odróżnieniu do Kuala Lumpur czy Bangkoku w Luang Prabang poranki były chłodne (nie bójcie się – sandały to nadal najodpowiedniejsze obuwie). Do południa temperatura raczej nie przekracza 25C. Po południu upał strzela znienacka. Temperatura nie schodzi wtedy poniżej 35 kreski. P.S. sprawy tak się miewają w marcu.

Szybki check-in w uroczym guesthousie. Hoxieng Guesthouse – było tanio, było blisko, rano nas karmili i dawali kawę. Spacer do centrum zajmował 3 minuty, a zaraz za zakrętem płynął życiodajny Mekong. Podoba mi się tu!

W drogę! Zobaczymy, jak tu jest! Spacer po mieście. Kolonialna zabudowa, mnóstwo knajp, piekarnie pachnące świeżym pieczywem, wąskie ulice z uroczymi hotelami, świątynie, bambusowy most na rzece Nam Khan, po którym przechadzają się mnisi. Luang Prabang coś czuję, że się polubimy.

Idziemy! Pałac Królewski. Znajduje się tuż za najbardziej rozpoznawalną świątynią w Luang Prabang – Wat Ho Pha Bang. Do środka nie można wnosić toreb ani plecaków. Buty również należy zostawić na zewnątrz. Sami rozumiecie, pełen szacun dla władcy. Obecnie w środku znajduje się muzeum. Muzeum jak muzeum. Nie jestem ich fanką. Myślałam tylko o tym, że zaraz zjem green papaya salad. Ale, ale! Miłe zaskoczenie! W muzeum znajduje się dar od Polski! Miniatura Sczerbca! Koronacyjny miecz królów Polski w laotańskim muzeum. To miłe. Już kolejny raz znalazłam polski akcent w najmniej oczekiwanym miejscu podczas podróży. Czytaliście mój wpis o Hoi An i Kaziku Kwiatkowskim? Zajrzyjcie koniecznie 🙂

Na wprost bramy do Pałacu Królewskiego i Wat Ho Pha Bang znajdują się schody, które prowadzą na szczyt góry Phousi. Idziemy. Koniecznie na zachód słońca! Na szczycie zastaliśmy tysiące chińskich twarzy. To była chińska inwazja! Chińczycy opanowali całe wzgórze. Nie raz i nie dwa razy dostałam w bok selfie-stickiem. Chinki pozowały do zdjęć. Wyraźnie można było zaobserwować, że obecnie panującym trendem jest zdjęcie pt. „trzymam słońce”. Chinki zatem udawały, że chwytają słońce w palce. Pozycja ta nie jest łatwa. Najpierw należy zająć odpowiednie miejsce. Najlepiej przepychać się łokciami. Checked! To Chińczycy potrafią. Następny krok to prawidłowa perspektywa i złapanie słońca. To już nie jest takie łatwe. Chińczycy mają jednak swoje sposoby – ‘Holy crap, ręka mi drży. O położę ją temu dużemu człowiekowi na ramię’. Checked! Zdjęcie idealne zrobione! Dziękuję.

Wieczór! Wieczorem główna ulica Sisavangvong Road zamienia się nocny bazar. Roi się od sprzedawców pamiątek, ubrań i świeżych shaków. Podoba mi się to! W bocznej ulicy natomiast swoje królestwo mają garkuchnie. Bardzo popularny jest bufet – płać pan 15 000 KIP (ok. 7zł) i jedz pan ile chcesz. Fuj. Wtedy na chwilę zatęskniłam za Tajlandią. Tam to dopiero potrafią nakarmić! Roti i green papaya salad uratowały nam życie. Uwielbiam! Najedzeni, zmęczeni i zauroczeni miastem wracamy do hostelu. Po drodze zorganizowaliśmy sobie podwózkę do wodospadów Kuang Si. Spać!

Kolejny dzień, 10:00 rano. Kierowca pick-upa przywitał nas w recepcji wesołym sabai dii. Pick-upy (w Tajlandii song teow) to najpopularniejszy wśród turystów środek transportu. Kierowcy skupiają się w najczęściej odwiedzanych częściach miasta i namawiają na wycieczki. Ceny mają bardzo przyzwoite. Za podwózkę (tam i spowrotem) do Kuang Si zapłaciliśmy po 30 000 LAK (ok. 14 zł). Jedziemy!

Jesteśmy na miejscu! 30 000 LAK. Bilety kupione. Ciekawym wstępem do wodospadów jest schronisko dla niedźwiedzi. Czarne misie żyją za metalową siatką. Mają wielki wybieg, oczka wodna, w których zażywają kąpiele, hamaki i drewniane domki. Tu wielki szacun i ukłony w kierunku Laotańczyków. Misie zostały uratowane przed kłusownikami i nie wiadomo przed kim jeszcze (nawet nie chce tego wiedzieć). Misie były bite i trzymane w małych klatkach. Dowodem na złe traktowanie może być chociażby jeden przystojny osobnik bez przedniej łapy. Wolę nie wiedzieć dlaczego ją stracił. Chłopak mimo wszystko wdrapywał się na hamak i chlapał się w oczku wodnym. Chyba im tam dobrze. Z pewnością lepiej niż w klatce.

Idziemy dalej. Nagle stajemy, szczęka w dół i zachwyt totalny! Jaka błękitna woda! Pierwsza kaskada, a to dopiero początek. Kilka kroków i nie wierzę! Nie wierzę, że takie miejsca istnieją. To nie może być prawda. A jednak! Błękitna woda, zielony las. Cieszyłam się jak dziecko, Maciej skakał z drzewa do zimnej wody. Jest pięknie! To w dalszym ciągu nie koniec. Jest tylko lepiej! A na końcu czeka prawdziwy sztos. Jedyny w swoim rodzaju wodospad Kuang Si. Myślałam, że widziałam już dużo, ale wodospad Kuang Si przebił wszystko! Tam po prostu trzeba być! Kuang Si urywa tyłek w strzępy! Co ciekawe można wejść na szczyt wodospadu. Wspinaczka w japonkach to nie był najlepszy pomysł, ale udało się. Z góry roztaczał się widok na pobliską dżunglę. Schodzimy w dół. Moje japonki utopione! Szacun dla męża za refleks, bo niewiele brakowało, a wracałabym na bosaka. Ostatni rzut oka na wodospad. Mogłabym siedzieć i gapić się godzinami. Kuang Si wskakuje na moją listę najpiękniejszych miejsc jakie widziałam. Chyba zaryzykuję stwierdzeniem, że zajmie miejsce na podium.

Nasi współtowarzysze już czekają w pick-upie. Wracamy do Luang Prabang. 40 minut i jesteśmy na miejscu. Krótki odpoczynek i w drogę. Spacerowanie to najlepsze co można robić w Luang Prabang. Idziemy wzdłuż rzeki Nam Khan. Docieramy do Mekongu. Nastała złota godzina. Zdjęcia będą boskie! Urocze domy, wąskie ulice, palmy nieśmiało kołyszące się na wietrze, mnisi, świątynie, długie łodzie na Mekongu. To jest Luang Prabang. Luang Prabang, które zawładnęło moim serduchem. Widzę tam swoją emeryturę. Widzę siebie prowadzącą mały guesthouse i smażącą kokosowe pankejki. Knajpa nad Mekongiem, świeży kokos, piwo i zachód słońca. Kompozycja doskonała. Gapie się na rzekę, skupiam się i staram się zapamiętać tą chwilę. Też tak macie?

Słońce zaszło. Idziemy na nocny bazar. Jak co wieczór serce miasta staje się wielkim targiem. Wcinamy roti i popijamy shakiem z mango. Życie jest piękne!

Dzień dobry kolejny dniu. Pobudka. 5:45 rano. Ceremonia Tak Bat. Idziemy zobaczyć, jak lokalna społeczność dzieli się jedzeniem z mnichami. Wzdłuż głównej ulicy ustawione są stołki, na których rzekomo siedzą tubylcy, którzy wręczają ryż mnichom. Mnisi idą gęsiego. Trzymają w ręce pojemniki na jedzenie. To niestety tylko teoria. W praktyce chińskie wycieczki okupują stołki i wręczają mnichom słodycze kupione na straganie przed hotelem. Przewodnicy chińskich wycieczek ustawiają  podopiecznych do zdjęć.  Kolejni Chińczycy biegają za mnichami, błyskają im fleszami prosto w twarz. Zoo z mnichów. Przykro mi, szkoda mi Was. Wracamy spać!

Dzień dobry po raz drugi. Wypożyczamy rowery i jedziemy przed siebie! Minus numer 1 – rowery nie mają przerzutek, minus numer 2 – jest gorąco jak piorun. Ja nie dam rady? Ja?! Jedziemy! Po pierwszym kilometrze przez górzystą drogę myślałam, że wyzionę ducha. Nie poddam się. Jedziemy do wodospadu. Po dobrych dwóch godzinach pedałowania z kapiącym z czoła potem docieramy do kierunkowskazu -> Tad Thong Waterfall. Polna droga, która zamienia się w kamienistą drogę przez dżunglę. W pobliżu nie ma ani żywej duszy. Czy zjedzą nas tygrysy? Daleko jeszcze? Pić mi się chce! Pół godziny później dotarliśmy na miejsce. Płacimy za wstęp. Idziemy do wodospadu. Wodospad wysechł. Dziękuję, koniec historii.

Wracamy! Muszę to odespać! Po południu pojechaliśmy w innym kierunku. Już nie tak daleko i nie do wodospadu. Dotarliśmy do laotańskiej wioski. Kobiety myły szpinak wodny w rzece, mężczyźni naprawiali skutery, dzieci biegały na boska i wesoło krzyczały sabai dii. Było biednie, ale wesoło. Mieszkańcy siedzieli przed swoimi domostwami. Pranie suszyło się na sznurkach rozciągniętych przez całe podwórka. Tubylcy serdecznie nas witali wołając ‘hi, how are you’. Fajni jesteście! Po drodze mijaliśmy świątynie, lokalne sklepy i restauracje z dymiącymi grillami. Dobrze mi tu!

Wieczór. Ostatni raz przechadzamy się po nocnym bazarze. Jemy i pijemy. Rozkoszujemy się. To miasto jest jedyne w swoim rodzaju!

Luang Prabang szkoda nam się z Toba rozstawać. To była miłość od pierwszego wejrzenia. W Tobie nie da się nie zakochać!

Słowa klucze: Zachwyt totalny!

Kolejny przystanek Bangkok!

Zobacz też: 8 rzeczy, które musisz zrobić będąc w Luang Prabang

Khawp jai lai lai za uwagę! 🙂

Komentarze