Bali | Matka świątyń i magiczne ogrody na wodzie

Bali | Matka świątyń i magiczne ogrody na wodzie

Kierunek Pura Besakih!

Pura Besakih to tzw. Matka Świątyń. Jest największą i najświętszą świątynią na Bali. W gruncie rzeczy to kompleks świątyń, w pobliżu Wulkanu Agung. Często odbywają się tu różne ceremonie, a wierni chętnie się tu modlą.

Brzmi ciekawie prawda? Tu niestety dopadło nas ciemniejsze oblicze rajskiej wyspy!

Pura Besakih leży praktycznie na drugim końcu wyspy. Dwugodzinna trasa jakoś specjalnie mi nie przeszkadzała. Made umilał nam drogę podśpiewując indonezyjskie hity.

Dojechaliśy. Otoczyło nas stado sprzedawców sarongów wciskąc je niemalże na siłę. Nie dzięki, mamy swoje!

Jeść! Nie zdążyliśmy zrobić dwóch kroków i już wpadliśmy na warung serwujący sate. Ekstra, siadamy! Przyzwyczajeni do tego, że za sate w przydrożnych warungach płacimy max 30 000 IDR (niecałe 9 zł) nie zapytaliśmy o cenę. Stragan składał się z grilla, lodówki i brudnego stołu przykrytego ceratą. Czekanie na śniadanie umilała nam Taylor Swift, którą Balijki uwielbiają. Jedna nawet siedziała obok i śpiewała „Shake it off”. Obgryźliśmy patyki w dwie minuty i padło magiczne pytanie „how mych”. Wbiło nas w ziemie! Właścicielka warungu stanowczo krzyknęła 150 000 IDR (42 zł)! Wyobrażacie sobie?! Miny nam zrzedły i nie mieliśmy wyjścia, zapłaciliśmy.

Jeszcze w samochodzie, Made uprzedzał nas, że nie może z nami wejść na teren świątyń. Wytłumaczył, że musimy wynająć lokalnego przewodnika, za którego usługi nie powinniśmy zapłacić więcej niż 150 000 IDR. Podobno tylko z takim przewodnikiem można zwiedzać Matkę Świątyń. Dziwne, ale jak mus to mus.

Zaczynamy targowanie. Pierwsza cena 800 000 IDR (232 zł). Chyba urwaliście się z choinki! 150 000 to max! Po długich negocjacjach w końcu się zgodzili. Już czułam, że robią nas w niezłe babmuko.

Nasz przewodnik, o wyrazie twarzy wyraźnie tęskniącym za rozumem, zaprowadził nas pod górę. Przed samym wejściem do kompleksu dopadło nas kolejne stado Balijek, które na siłę wciskały nam woreczek z kwiatami i kadzidłami. Swoją drogą kadzidła po indonezyjsku to ‘dupa’. Zapewniały nas, że każdy musi kupić taki woreczek i złożyć jako dar w świątyni. Prawie im uwierzyłam (o ja głupia). Zapłaciłam 2000 IDR (0,60 gr) i poszliśmy.

Byłam już zła jak osa! Całkowicie straciłam ochotę na zwiedzanie, mimo że świątynia była przepiękna. Próbowano nas oszukac na każdym kroku! Przewodnik okazał się zwykłym oszustem. Nie potrafił odpowiedzieć na nasze najprostsze pytania. Na koniec zażądał napiwku. Co? chyba nie rozumiem! Cześć, narazie! Wcale nie było nam miło Cię poznać!

Ci bezczelni naciągacie skutecznie wyprowadzili mnie z równowagi. W drodze powrotnej Made stwierdził, że turyści zawsze narzekają na to miejsce. Szkoda, że nam wcześniej tego nie powiedziałeś miły kolego. Po powrocie dowiedziałam się, że pseudo przewodnicy to czyste kłamstwo i próba wyłudzenia pieniędzy od turystach. Podobno nawet indonezyjski rząd z tym walczy. A zatem – strzeżcie się przewdoników!

Jedziemy dalej! Made zaproponował, że możemy zajrzeć na plantację kawy kopi luwak. Zajrzyjmy!

Przywitała nas miała pani, która tłumaczyła o co chodzi z „gównianą” kawą kopi luwak. Wytwarzana jest z ziaren kawy, która jest przysmakiem łaskuna (zwierzę przypominające łasicę). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że nadtrawione ziarna wydłubywane są z kupy łaskuna, czyszczone i palone. Kto na to wpadł? Kawa jest na wagę złota, a jej smak nie wyróżnia się niczym specjalnym. Kobieta z wielkim zaangażowaniem opowiadała jak Balijczycy chodzą po lesie i szukają ‚gównianego biznesu’ łaskunów. Prawie bym w to uwierzyła gdybym nie zobaczyła klatki ze zwierzakiem. Biedny siedział zwinięty w kłębek. Zamknęli biedaka w klatce i ot cała filozofia. Dzięki, ale nie kupię od Was kawy! Chodźmy stąd!

Następny przystanek – ogrody wodne Tirtagangga (tirta to woda, a gangga to święta rzeka Ganges – całość oznacza „świętą wodę z Gangesu”). To ogrody z niesamowicie bujną roślinnością i kilkoma basenami, w których pływają karpie olbrzymy. Są tam fontanny, oczka wodne, rzeźby bóstw, zwierząt i zbiornik, w którym za opłatą można popływać. Trafiliśmy na doskonały moment! Byliśmy tam sami! Było pięknie!

Na parkingu ktoś za nami krzyczał „kup okulary, tanie, za pięćdziesiąt” – po polsku rzecz jasna! Się uśmialiśmy!

Wracamy do Umalas. Made zaproponował krótki przystanek w kolejnej świątyni – Gua Lawah (Bat Cave), czyli Świątyni Nietoperzy. Fajnie tu!

To była ostatnia wycieczka z Made. Zupełnie nie wiem jak to się stało, że minęło prawie 9 dni odkąd jesteśmy na Bali. Kolejnego dnia zamierzaliśmy się najeść na zapas nasi campur, wypić Bintanga, usiąść na polu ryżowym, zamknąć oczy i zapamiętać tą chwilę na zawsze. Bali było cudownie! Na pewno jeszcze Cię odwiedzę!

Następny przystanek Singapur!

Komentarze