O tym jak Singapur mówił nam nie!

O tym jak Singapur mówił nam nie!

Po balijskich przygodach przyszedł czas na kilka dni w Singapurze. Moje serce prawie krwawiło, a łzy napływały do oczu w drodze na balijskie lotnisko. Bali nie chcę Cie opuszczać! Będę strasznie tęsknić! Ale pobyt w Mieście Lwa też brzmi nieźle!

Rzeczywistość szybko zweryfikowała nasze pierwsze chwile w Singapurze.

Lecimy! Najgorszy lot z moim życiu. Turbulencje. Trzęsie jak piorun! W prawo, w lewo, w górę i w dół. Po ponad 2 godzinach lotu jesteśmy na ziemi. Obiema stopami! Ufff!

Lotnisko Changi. Jedno z najlepszych lotnisk na świecie. Ewidentnie nie chciało nas wypuścić. Peron metra. Kupujemy bilety. Nie mamy dolarów singapurskich. Kantoru i bankomatu brak. Uff przy biletomacie jest terminal. Zapłacimy kartą. Terminale nie działają. Amen.

Pani w okienku poinformowała, że sprzedaje tylko bilety całodniowe. Jest już późno. Po co nam całodniowy bilet! Szukamy bankomatu. Jest. Raz, dwa i mamy nowiutkie Sing $. Biletomat odmówił współpracy. Nie przyjmuje takich papierków. Inne okienko. Poproszę dwa bilety. Miły pan: ‚ale ja tu tylko rozmieniam pieniądze’. O mamusiu.  Kupienie biletu nigdy nie zajęło mi tyle czasu. Moja wina. Zawsze trzeba mieć przy sobie drobne.

Jedziemy do hostelu. Wysiadamy z metra. Stacja Aljunied. Dziwnie tu. Jakby singapurska Praga Północ w najgorszym wydaniu. Mam dokładne wskazówki – jak dojść do hostelu. Faktycznie, nic prostszego! Nic prostszego jeśli hostel dałby o sobie chociaż trochę znać! W budynku naszej noclegowni znajdują się dwa hostele. Ten drugi, oznaczony był wyraźnym banerem na środku drzwi, nasz smutną kartką w formacie A4, druk czarnym tuszem. Informacja zawieszona wysoko nad drzwiami.

Jesteśmy! Hostel WOW. Wdrapałam się na 4 piętro. To tu! Maciej wnosi bagaże! Po wypełnieniu dokumentów recepcjonistka oznajmiła, że nasz pokój jest w innym budynku. Bałam się spojrzeć na Maćka, który ocierał resztki potu z czoła. Biedaczek z lekko rozczochraną czupryną i wypiekami o kolorze buraczanym, znów zmagał się z naszymi ciężarami.

Pokój. Szczęka w dół. Czy to na pewno tu? Kiedy zobaczyłam łazienkę szczęka opadła mi jeszcze bardziej. Nie to niemożliwe. Skąd te wszystkie pozytywne opinie w internetach? Pokój o wymiarach 2m na 2m, zagrzybiała klimatyzacja, okna tak szare, że ledwo było widać świat, zardzewiałe piętrowe łóżko.

Ten hostel był wyjątkowy. Wyjątkowo brudny i obskurny.

Chciałam jak najszybciej stamtąd wyjść! Poszliśmy do chińskiej knajpy na dole. Wyglądała nienajgorzej, pachniało też nieźle. Zamówiliśmy warzywa i kurczaka. Chcieliśmy też ryż.

Ja: can we have a rice?
Kelnerka: ee?
Maciej: can we have a rice?
Kelnerka: eeeeeeee?
Maciej: mi fan, can we have mi fan? (mi fan = ryż po chińsku)
Kelnerka: aaaa, rice?!
Ja: yes, please

Dostaliśmy miskę ryżu, warzywa i kurczaka – zimne kawałki mięsa z kośćmi, które wyglądały jak udka pocięte nożyczkami. Usiedliśmy na dworze. Siedzimy, pałeczki w rękach, ryż, ziarno po ziarnie, aż nagle z dachu spadł szczur! Leciał z góry, jakby z naszego okna. Nie, nie chce tu być! Tego już za wiele!

Tego dnia, pierwszy raz odkąd jesteśmy w Azji poszliśmy do Mc Donalds. Straszne, wiem!

Chodźmy stąd. Jedziemy do Marina Bay!

Hotel Marina Bay Sands. Konsternacja. Fajnie by było spędzić chociaż jedną noc w tym hotelu. Fajnie, ale nasz budżet tego nie przewiduje. A może jednak? Karta kredytowa, rezerwacja, jakie to łatwe!

Jutro śpimy w Marina Bay Sands! Życie w Singapurze zaczęło się od nowa.

Komentarze