Powrót do Malezji | Langkawi & Kuala Lumpur

Powrót do Malezji | Langkawi & Kuala Lumpur

Godzina rejsu i świat stał się zupełnie inny! Od razu czuję, że jestem w innym kraju! Indyjskie knajpy obok chińskich, szyldy zapraszające na nasi lemak, Hinduski w sari, Malajki w abajch, łaciński alfabet, inna strefa czasowa. Cześć Langkawi! Jak dobrze znów być w Malezji. Darzę ten kraj wielkim sentymentem. Widziałam tylko skrawek, a nawet skraweczek. Mimo wszystko Malezja zakotwiczyła w moim sercu na dobre! Plany na przyszłość są – Penang, Bornego, Parhentiany. A jakże! Tymczasem my tu tylko przejazdem. Już tłumaczę.

Przy okazji wizyty w Tajlandii bardzo chciałam zajrzeć chociaż na chwilę do Laosu. Logiczne mogłoby się wydawać,  że do Luang Prabang najlepiej skoczyć z Chiang Mai. Jednak szkoda mi było przeznaczać 2 dni na podróż autobusem i łodzią po Mekongu. Lot odpadł w przedbiegach. Był niedorzecznie drogi. Długo szukałam rozwiązania. Okazało się, że loty z Kuala Lumpur do Luang Prabang są śmiesznie tanie! Byliśmy na Koh Lipe. Najbliższe lotnisko jest na Langkawi. A to przecież rzut beretem. Kalkulacja była prosta. Z Langkawi za grosze polecieliśmy do KL, a z KL prosto z LP.  Takim sposobem na chwilę znaleźliśmy się w Malezji!

Z Koh Lipe na Langkawi są dwa rejsy dziennie. O 11:00 i 16:00.  Kupiliśmy bilety na ten poranny. Mieliśmy kilka dobrych godzin na zjedzenie nasi lemak, wizytę na Sky Bridge i piwo na plaży w Pantai Cenang.

Port Telaga! Chyba nigdy wcześniej nie przekraczałam granicy w porcie. Kolejne malezyjskie pieczątki w paszporcie. Taxi! Za taxi liczą sobie całkiem dużo. 35 MYR, 20 minut i byliśmy w Pantai Cenang (malezyjskie Władysławowo). Z pewnością na Langkawi są ładniejsze miejscowości, ale nam zależało na bliskości do lotniska. Następnego dnia rano mieliśmy lot do KL. A Pantai Cenang było oddalone od lotniska o 3km. Sami rozumiecie.

Hostel. Hostel The Village Langawi okazał się być najgorszym miejscem w jakim nam było dane spać podczas całego wyjazdu. Lokalizacja bomba, ale pokój niekoniecznie. To nic. To tylko jedna noc. Tylko tam spaliśmy. Szybki check-in, indyjskie śniadanie. Jest dobrze. Jejku jak ja lubię Malezję! Muszę jej poświęcić więcej czasu!

Kierunek Sky Bridge. Wyobraźcie sobie most zawieszony 700 metrów nad lasem deszczowym. Wyobraźcie sobie zieloną dżunglę i jej odgłosy, niebieską wodę i tajskie wyspy widoczne przy dobrej pogodzie. Wyobraźcie sobie przejażdżkę kolejką linową, która ciągnie się w nieskończoność. Na dodatek to najbardziej stroma kolejka linowa na świcie. To właśnie Sky Bridge i Sky Cab.

Taxi. Jedziemy! Kolejne 35 MYR i jesteśmy na miejscu. Oriental Village, gdzie kolejka linowa ma swój początek, to mini park rozrywki dla Malajów. Krzyczące dzieci, sztuczne stawy, łódki, dinozaury (!), może nawet wata cukrowa. Sprzedawców waty nie widziałam, ale na pewno wpisaliby się w krajobraz. Bilety na Sky Cab i Sky Bridge. 55 MYR (od osoby) i są nasze. Można też kupić bilet za 105 MYR i rzekomo ominąć kolejkę. Wydaje mi się to dużym bezsensem, bo kolejka bardzo sprawnie się poruszała. Kto co lubi. Wsiadamy do kolejki! Chyba zaczynam się bać. O mamusiu, ratunku! Kolejka zawieszona jest wysoko nad lasem deszczowym. Na dodatek jest mega stroma. Ja już nie chce, wypisuję się z tej imprezy! Kiedy tylko wysiadłam stanowczo zarządziłam powrót na piechotę. Perspektywa 2-dniowej wędrówki przez dżungle w towarzystwie gibonów szybko odwiodła mnie jednak od tego pomysłu.

Jesteśmy na górze, nogi uginają mi się ze strachu. Nie wiedziałam, że mam aż taki lęk wysokości. Jak się okazało to jeszcze nie koniec. Do Sky Bridge prowadzi kolejna kolejka. Tym razem szynowa. Trzeba płacić ekstra. Nie dzięki, ja się przejdę! Po 7 minutach wędrówki ścieżką przez las dotarliśmy.

Jak tu wysoko! Bałam się jak dziecko. Miałam ochotę trzymać Macieja za rękę. Widoki pozwoliły mi jednak na chwilę zapomnieć o lęku wysokości. Jak tu pięknie! Góry, las deszczowy, w oddali błękitne morze i tajskie wyspy. Czasem nie wierzę, że byłam w tak pięknych miejscach. O moim lęku wysokości szybko przypomniała mi przeszklona ‘podłoga’ i drgania mostu. Malajki siedziały na szklanych blokach i strzelały selfiacze. Chyba mi gorąco, potrzebuję wody 😀

Widoki były fantastycznie, ale już nigdy nie wsiądę do kolejki linowej!

Wracamy do Pantai Cenang. Kolacja w restauracji Seashell na polu ryżowym. Moje pierwsze skojarzenie – tu jest prawie jak na Bali ❤ Goście mogą korzystać z tradycyjnych stolików i altan, które unoszą się tuż nad polem ryżowym. Uwielbiam takie miejsca! Jest zielono, gdzie nie spojrzeć tam uprawa ryżu, kołyszące się na wietrze palmy i zapach ryżu ugotowanego na mleczku kokosowym. A to jedzenie! Aromatyczny rendang, ikan bakar, sambal, ryż. Później zimne piwo na plaży Cenang. Jestem w niebie. Mówiłam już, że uwielbiam Malezję?

Kolejny dzień. Nasi lemak i roti na śniadanie. Wizyta w muzeum ryżu (czytaj – pole ryżowe z pasącymi się bawołami). Nie chce stąd wyjeżdżać. Wyjątkowo mi tu dobrze! Jednak czas na nas. Kierunek lotnisko i Kuala Lumpur. Jak się okazało z lotniska na Langkawi tylko co piąty lot nie jest do Kuala Lumpur. Niecała godzina i jesteśmy w stolicy.

Ze względu na bardzo wczesną godzinę lotu do Luang Prabang następnego dnia (6:45, holy crap!) zatrzymaliśmy się w Tune Hotel, który połączony jest tunelem z lotniskiem KLIA2. To mega wygodne rozwiązanie! Żaden pociąg, żadna taxi! Chwila, moment i byliśmy na miejscu! Ekspresowy prysznic i jedziemy do miasta!

Sic! Jak te bilety podrożały. 55 MYR za bilet na pociąg KLIA Ekspres (35 MYR w 2015), 28 minut i jesteśmy na KL Sentral! Jak ja lubię to miasto! Szybko nadrabiamy zaległości z ostatniego wyjazdu (to już dwa lata!) i kierujemy się prosto do Batu Caves! 4,5 MYR za bilet w jedna stronę, podmiejska kolejka i po 20 minutach jesteśmy na miejscu. Pachnie indyjskim jedzeniem, kropi deszcz, wszędzie makaki. W końcu tu dotarłam! Jak dobrze usiąść z kokosem w ręce,  gapić się na miejsce, o którym myślało się przez 2 lata i w końcu tu być. Wiecie co? Właśnie dla takich chwil podróżuję! 🙂 Wspinaczka do jaskiń, podglądanie hinduskich modłów. Ależ tu egzotycznie! Gulab dżamun na przekąskę, kilka fotek i wracamy do KL. Mamy mało czasu, a tyle do zobaczenia!

Wracamy na KL Sentral, łapiemy kolejkę i jedziemy do Kampung Baru. O tym miejscu dowiedziałam się z bloga Zu In Asia. To skarbnica wiedzy o Malezji! Kampung Baru to raczej nieuczęszczana przez turystów dzielnica. To typowa malajska wioska na tle Petronas Towers. Drewniane domy na palach, kurczaki spacerujące po ulicy, lokalne sklepy, aromatyczne zapachy i garkuchnie. To właśnie tu można zjeść najlepsze malajskie dania w całym KL! Nasi lemak, nasi kandar, prawdziwe sate, ikan bakar, rendang. To jest moje miejsce. Kampung Baru skradło moje serducho! Spacerowaliśmy i chłonęliśmy to miejsce wszystkimi zmysłami. Jeszcze bardziej polubiłam KL!

Czas nas goni. Wizyta w KL nie byłaby kompletna bez odwiedzin Petronas Towers! Jedziemy!  Petronasy dalej wywierają na mnie ogromne wrażenie! Jestem fanką przyrody i zieleni, ale te dwie wieże, symbol Malezji nie mają sobie równych. Mogę się na nie gapić godzinami. Mogłabym siedzieć w KLCC Park cały dzień, jeść i gapić się na Petronasy. Wiem, że wiele z Was może się ze mną nie zgodzić. Możecie mówić, że KL nie jest ciekawe, nie ma tu tyle atrakcji co w Singapurze. Zgoda, ale to właśnie KL to moje ‘place to be’.

Kolacja. Tu znów ukłony w kierunku Zu In Asia za polecenie restauracji Madam Kwan’s, która znajduje się w centrum handlowym KLCC (w Petronas Towers). W menu goszczą przede wszystkim malezyjskie potrawy. Curry laksa była wyśmienita, podobnie rendang i rojak. Nie przesadzę pisząc, że była to jedna z lepszych kolacji in my life!

23:00. Niedługo odjeżdża ostatnia kolejka z KL Sentral na KLIA2, a mi się zachciało kupić kolejną parę sandałów 🙂 Szybkie zakupy! Musimy wracać. Z bólem serca, ale musimy! Po ostatnim pobycie KL pozostawiło same dobre wspomnienia i nadzieję na powrót. Po 2 latach rozłąki znów stałam pod Petronasami. Nie przepuszczałam, że kiedykolwiek tam wrócę. Byłam tak samo zachwycona. Malezjo chcę więcej. Wrócę!  Obiecuję!

Następny przystanek – Luang Prabang! Do przeczytania!

Terima kasih za uwagę! 🙂

 

Komentarze