Przystanek Hanoi

Przystanek Hanoi

Lecimy do Hanoi! Kierowca z hotelu w Hoi An zawiózł nas na lotnisko w Da Nang. Przy stanowisku Viet-Jet dostaliśmy karty pokładowe, które wyglądały jak paragon z Tesco. Viet-Jet to wietnamskie, tanie linie lotnicze. Zarządzane są przez Nguyen Thi Phuong Thao, która szybko dorobiła się milionów za sprawą rozebranych stewardess. Personel pokładowy, panie dla ścisłości, czasami obsługują pasażerów ubrane tylko i wyłącznie w bikini! My trafiliśmy na stewardessy ubrane w spodenki w kratkę.😅 Po 45 minutach turbulencji wylądowaliśmy w Hanoi. Cześć stolico!

Przed wyjazdem zrobiłam research na temat dojazdu z lotniska. Stwierdziłam, że za 8km taksówką z lotniska do hotelu na pewno nie zapłacimy dużo. Najwyraźniej coś mi się pomieszało, bo z lotniska do naszego hotelu było 25 km. Ups! Zapłaciliśmy 350 000 VND (ok. 62 zł). Trudno się mówi.

Dotarliśmy do hotelu 4 godziny przed możliwością check-inu. Pierwszy dobry znak – nasz pokój będzie gotowy za 20 minut! W międzyczasie zaserwowano nam sok i kawę, recepcjonista dał nam mapę miasta, pokazał jak dojść do największych atrakcji, chciał też nam sprzedać wycieczkę do Zatoki Ha Long, ale 100$ (za osobę) to zdecydowanie za dużo. Fajne śniadanie było wliczone w cenę, pokój okazał się być mega duży, a w łazience była najprawdziwsza kabina prysznicowa! Wiecie co? Odpływ wody był za toaletą, nie w kabinie. W rezultacie cała łazienka była zalana wodą po wzięciu prysznica. Nie było to takie inteligentne rozwiązanie na jakie wyglądało.

Mimo mało błyskotliwego prysznica hotel jest warty polecenia! Hanoi Little Town Hotel jest w samym sercu starego miasta (Hanoi Old Quarter), a cena była śmiesznie niska (210 zł/2 osoby/3 noce).

Plan zwiedzania miasta był dość napięty. Mieliśmy do dyspozycji dzień, w którym przylecieliśmy z Da Nang. Kolejne dwa dni chcieliśmy spędzić na Zatoce Ha Long. Ostatni dzień, a w zasadzie połowę dnia, bo o 17:30 mieliśmy lot do Doha, planowałam przeznaczyć na zakupy. Tak się stało!

Szybki prysznic, później najprawdziwsza zupa pho, niesamowity upał, wilgotne powietrze, miliony skuterów, trąbienie jako sport narodowy Wietnamczyków. Pierwszy rzut oka na Old Quarter. Fajnie tu! Old Quarter, czyli stare miasto to labirynt wąskich uliczek z kolorowymi kamienicami i świątyniami, małymi restauracjami i kawiarniami. Ulice podzielone są tematycznie, np. ulica zielarska, na której znajdują się tylko sklepy z ziołami, ulica rzemieślnicza wypełniona warsztatami. Jest mega klimatycznie. Jest tak wietnamsko, że bardziej być nie może. Tak wspominam pierwsze chwile w Hanoi, później było tylko gorzej.

Kierunek – Jezioro Hoan Kiem. Po drodze zrobiliśmy wywiad w biurach podróży na temat wycieczki do Zatoki Ha Long. Stanęło na Golden Bay Cruise. Zapłaciliśmy po 60$ za 2-dniową wycieczkę po zatoce. Cena wywoławcza 100$, trzeba sie targować! Targowanie to trzeci sport narodowy Wietnamczyków zaraz po trąbieniu i spaniu. Wyruszamy następnego dnia rano. Czy było pięknie i fantastycznie dowiecie się w kolejnym wpisie. Wycieczka zaklepana, głowy spokojne, w brzuchu jeszcze nie burczy, idziemy nad jezioro!

Hoan Kiem to najbardziej znane jezioro w Hanoi z wyspą, na której znajduje się świątynia Ngoc Son. Prowadzi do niej drewniany most zwany Cầu Thê Húc, a pośrodku jeziora wznosi się Wieża Żółwia, czyli Tháp Rùa. Fajne miejsce!

Później podreptaliśmy do Świątyni Literatury. Została wybudowana z myślą o założeniu w niej szkoły dla urzędników. Stała się pierwszym uniwersytetem w Wietnamie. Wykładano tam etykę, literaturę i politykę. Dziś Świątynia to jedna z największych atrakcji miasta.

Kolejny kierunek to One Pillar Pagoda i Mauzoleum, w którym spoczywa sam wujek Ho Chi Minh. Robimy zdjęcia, przed nami kolejna chińska wycieczka emerytów i Japończycy z Nikonami większymi od ich głów. No tłoczno tu. Czas na Hồ Tây (Jezioro Zachodnie) z Pagodą Trấn Quốc na wyspie. To największa buddyjska pagoda w Hanoi. Na zdjęciach wyglądała zdecydowanie ciekawiej. Po męczącym spacerze przez pół miasta w upale wróciliśmy na starówkę. Poszliśmy na popularną wśród turystów ulicę Bia Hoi z mnóstwem knajp. Można się tam najeść po uszy i napić taniego piwa. Urządziliśmy sobie niezłą ucztę.

Ten dzień bardzo mnie zmęczył. Musicie wiedzieć, że spacer po Hanoi to trening dla cierpliwości. Chodniki pozastawiane są przez przez skutery, garkuchnie, sklepy i inne biznesy. Spacer to slalom pomiędzy tysiącami przybytków i skuterów, które są zaparkowane gdzie popadnie.

Kiedy zostałam prawie przejechana przez skuter pośrodku pasów dla pieszych, kiedy paliło się zielone światło miarka się przebrała. No szlag jasny mnie trafił! Jak można tak nie szanować innych? W Ho Chi Minh przynajmniej światła czasem działały i pieszy mógł przejść przez ulicę, za to w Hanoi to w ogóle nie działa. Zacisnęłam zęby i z podkulonym ogon pobiegłam na chodnik, czytaj parking dla skuterów. Irytacja na maxa! Jak dobrze, że jutro jedziemy na wycieczkę do Zatoki Ha Long!

Ostatniego dnia (po powrocie z Ha Long i przed powrotem do domu) robiliśmy zakupy na lokalnym markecie Dong Xuan, który znajdował się tuż za naszym hotelem. wybrałam się tam rano, zaraz po otwarciu. Zrobiłam duże zaopatrzenie. Kupiłam przepyszną kawę, suszone owoce, przyprawy, cukier kokosowy, cukierki z duriana (wszyscy, którzy zostali nimi poczęstowani – PRZEPRASZAM!:)). Atmosfera była co najmniej ospała, sprzedawcy spali na swoich straganach, przeglądali fejsa na telefonach, albo patrzyli przed siebie zaspanym wzrokiem. Właśnie wtedy zapragnęłam nowych sandałów! Po obmyślaniu strategii targowania się podeszłam do jednego ze straganów i kiedy zapytałam o cenę sprzedawczyni zaczęła krzyczeć ‘no sell, no sell’. Pomachała mi na do wiedzenia. Zrobiłam kilka podejść do różnych przybytków. Wszędzie odsyłano mnie z kwitkiem krzycząc ‘no sell, no sell’. Chyba lepiej się tam wybrać wieczorem kiedy sprzedawcy są w bardziej bojowych nastrojach.

No dobra, przyznaję – Hanoi jest ciekawe, ale też mega irytujące. Old Quarter jest bardzo klimatyczny – można się tam najeść pysznych rzeczy za grosze. Poza starówką również jest kilka na prawdę ładnych miejsc. Miasto jest brudne, ale ma charakter. Czy jest fajne? Moim zdaniem tak, ale na chwilę (dosłownie). Jeden dzień zupełnie wystarczy. Po 10 godzinach spaceru miałam serdecznie dość tej wielkomiejskiej dżungli. Wietnamskie miasta mnie nie urzekły (tu dużym wyjątkiem jest Hoi An), ale natura wszystko wynagrodziła. Natura w Wietnamie to pierwsza klasa! Zieleń, polne drogi pośrodku pól ryżowych, dzikie plaże, Mekong, Zatoka Ha Long zostaną na długo w moim sercu!

Hanoi było naszym ostatnim przystankiem. Wracamy do domu. Cześć Wietnamie, było super! Nigdy Ci nie zapomnę tych widoków, pysznego jedzenia, irytujących miast, upału i cudownej natury!

Cảm ơn za uwagę! Zostawiam fotki

Komentarze