Sawaddee Bangkok! | drugi pierwszy raz w Tajlandii

Sawaddee Bangkok! | drugi pierwszy raz w Tajlandii

– Przecież byłaś już w Tajlandii!

– Nie, nie byłam!

I tak za każdym razem kiedy mówię, że nie byłam wcześniej w Tajlandii. Kraina uśmiechu nie była mi po drodze.

Czytaliście mój post Good morning Vietnam!? Pisałam wtedy, że czekam na równie tani bilet do Bangkoku, jak do Ho Chi Minh. Oto i jest! W pełnej krasie! Qatar Airways! Qatarowi jestem wierna i oddana całym sercem. Kto by nie był za bilet z krótką przesiadką w cenie 1780 zł! Lecimy, pierwszy raz w szycie sezonu!

Na pokładzie nie zarejestrowałam ani Chińczyków, ani płaczących dzieci. Jest dobrze! Jak się później okazało ci pierwsi towarzyszyli nam przez resztę wyjazdu. O tym jednak w kolejnych wpisach.

Lotnisko Suvarnabhumi! Wylądowaliśmy z samego rana. Mimo wczesnej pory kolejka do okienek dla cudzoziemców była gigantyczna! Na własnej skórze przekonałam się, że Bangkok jest najczęściej odwiedzanym miastem świata. To widać na pierwszy rzut oka.

Jesteśmy obiema stopami na tajskiej ziemi! Pieczątki w paszporcie, bagaże odebrane, cześć Bangkoku! Do centrum dotarliśmy kolejką ARL (Ariport Rail Link), którą szczerze polecam. Korki w Bangkoku są nieznośne o każdej porze. Nawet o 6 rano w sobotę. Uwierzcie na słowo! Kolejka jedzie 30 minut (do stacji Paya Thai), kosztuje 45 THB (ok. 5 zł), jest wypchana po brzegi, ale nie stoi w korkach. Co ważne – jedzie nad ziemią. To kolejny plus! Już wtedy przekonałam się jaki Bangkok jest potężny. Autostrady w środku miasta, estakady, masywne wiadukty, olbrzymie skrzyżowania!

Jesteśmy! Stacja Paya Thai! Pierwsze zderzenie z Bangkokiem. Kocham ten zaduch, hałas azjatyckich miast, nawet zapach lubię, bo przywodzi mi na myśl same dobre chwile. Wszędzie garkuchnie. Grillują kurczaki, wlewają curry do woreczków, gotują esencjonalne wywary. Z jednej strony przemyka tuk-tuk, z drugiej ciężarówka wypchana po szwy jajkami! Gdzie nie spojrzeć tam kolorowe taxówki. Bangkoku coś czuję, że się polubimy!

Złapaliśmy taxi. O kierowcach taxówek w Bangkoku słyszałam same złe rzeczy. Pierwsze taxi, a kierowca już mówi, że popsuł mu się taksometr. O nie panie kochany, to my wysiadamy, cześć! Kiedy prawie trzaskaliśmy drzwiami stwierdził jednak, że taksometr cudownie sam się naprawił. To był nasz pierwszy i ostatni raz z taxówką w Tajlandii. Uber! Rączki całuję temu, kto wymyślił Ubera! Wystarczy kupić kartę sim. Tu polecam TrueMobile z samym pakietem Internetu. Kartę kupicie w każdym 7eleven. Razem z pakietem nie powinna kosztować więcej niż 250 THB (ok. 30 zł). Uber ma same zalety. Po pierwsze wcześniej wiesz ile Twój przejazd będzie kosztować, po drugie nie musisz dzwonić żeby go zamówić, po trzecie nie musisz tłumaczyć gdzie chcesz jechać, po czwarte i najważniejsze jest tańszy od taxówek! Na pewno nie zgadniecie jaki był nasz pierwszy zakup w 7eleven 🙂

Za przejazd taxi do hotelu zapłaciliśmy niecałe 8 zł. Masz szczęście panie kierowco! Hotel! Hotel okazał się strzałem w dziesiątkę. CHERN Hotel polecam z czystym sumieniem. Było czysto i blisko do najważniejszych atrakcji. Do Khao San i Wielkiego Pałacu można było dojść na piechotę bez większego wysiłku (chyba, że na termometrze było 40C).

Zostawiliśmy bagaże. Idziemy! Chcę Cię poznać Bangkoku! Kierunek Khao San Road. Chyba nie muszę nikomu przedstawiać tego szalonego miejsca?

Mimo wszystko, gwoli wyjaśnienia kilka słów. To miejsce zostało okrzyknięte mekką bacpackersów. To ulica, która żyje za dnia, a nocą dostaje euforii. Są tam setki barów, straganów z koszulkami i podrabianymi okularami. Panie stylizowane na kobiety z plemienia Hmong sprzedają drewniane żaby, które wydają niesamowicie prawdziwy dźwięk, kiedy tylko potrze się ich grzbiet (pod koniec wyjazdu miałam nawet ochotę taką kupić). Salony masażu prześcigają się w promocjach, niemalże na ulicy robi się tatuaże, a pod przykrywką sprzedaży gazu do zapalniczek (?) lokalsi robią ciemne interesy. Wygodniej mi jest jednak nie zagłębiać się w zaplecze Khao San. Napiszę tylko tyle – tam się dzieje wszystko. Na cokolwiek nie mielibyście ochoty (if you know what I mean), to właśnie to dostaniecie na Khao San. O ciemniejszej stronie Tajlandii na pewno jeszcze napiszę, tymczasem włączam tryb wakacyjny. Pierwsze zetknięcie z Khao San mieliśmy o 11 rano. Było całkiem spokojnie (jak na tę okolicę), ale to co się działo wieczorem to istne szaleństwo. Ta ulica to jedna wielka impreza! Dwa bary naprzeciwko siebie urządziły konkurs pod tytułem ‘który będzie głośniej ten wygrywa’. W rezultacie przechodząc obok nich, od hałasu podskakiwały mi wszystkie wnętrzności. Jeśli jeszcze Wam mało to może skosztujecie skorpiona na patyku? Jeśli nie macie ochoty to możecie sobie zrobić zdjęcie udając, że go chrupiecie za 10 THB (niewiele ponad 1 zł). Czego się nie robi dla turysty.

Żaden ze mnie imprezowicz. Nie do końca odnajdywałam się tam wieczorami, ale masaż z butelką Changa w jednej ręce, a w drugiej mango sticky rice – oh yes please!

Już wiemy czym pachnie Khao San. Dla zabicia jet lagu kręciliśmy się po mieście do wieczora. Mimo, tego że spaliśmy w pozycji półsiedzącej przez zaledwie kilka godzin w samolocie, przeszliśmy pół starej części Bangkoku na piechotę. Byłam z nas dumna! Spacer wzdłuż murów Wielkiego Pałacu, kokos w knajpie przy Tha Tien Pier nad rzeką Menam (Chao Praya River) z widokiem na świątynię Wat Arun, wieczorem znów Chang na Khao San i Chinatown.

Chinatown! Chinatown, czyli Yaowarat to raj jedzeniowy i plątanina wąskich ulic ze wszystkim. Sprzedają tam podróbki wszystkiego, świeże mięso i warzywa. Jest głośno, tuk-tuki trąbią, skutery wpychają na trzeciego, Tajowie przekrzykują się, jest tłoczno. Po zmroku wszystko to odbywa się ze zdwojona siłą. Palą się chińskie neony. To kwintesencja tego miasta. A ja lubię to miasto! Po kolejnym Changu i wyżerce godnej polskiej biesiady weselnej jet lag strzelił w nas z rozpędu. Nie wiem jak, ale wróciliśmy do hotelu na piechotę. Spaliśmy 12 godzin. Pierwszy raz po przylocie do Azji usnęłam jak Bóg przykazał 🙂

Poranek. Słychać ptaki! Ptaki w środku azjatyckiej metropolii! Jest dobrze! Mieliśmy bardzo napięty plan. Chciałam zobaczyć jak najwięcej. Aplikacja, Uber był po 10 minutach. Jakie to łatwe! Kierunek pływający market Khlong Lat Mayom.

Z góry odrzuciłam pomysł wycieczki na najbardziej znany pływający market Damnoen Saduak. Po pierwsze czytałam, że jest totalnie turystyczny i z łódek sprzedają colę (hę?), po drugie jest daleko, bo ponad 100 km od Bangkoku. Khlong Lat Mayom jest zaledwie kilka km za miastem. Przejazd Uberem z centrum kosztował nas 120 THB (niewiele ponad 12 zł). Jesteśmy!

O mamusiu kochana! Czy to już raj! Na Khlong Lat Mayom jedzie się głównie po to, żeby się najeść. Moje potrzeby zostały zaspokojone w 1000%! Zielone curry, matsaman curry, sataye, smażone noodle, grillowane przegrzebki, tajskie pancakes z kokosem, sticky rice z bananem w liściu bananowca! Tak, to już niebo! Przez 3 godziny jedliśmy i ciągle nam było mało! W ramach odpoczynku dla żołądka wynajęliśmy łódkę (ze sternikiem dla ścisłości). Pływaliśmy wąskimi kanałami. Byliśmy pod Bangkokiem, a czułam się jak na wsi. Urocze domostwa nad wodą, sprzedawcy w łódkach, psy wylegujące się na pomostach, ogromne palmy i bananowce. Wokół nas toczyło się normalne życie. ‘Rejs’ trwał godzinę i kosztował 300 THB. Czy warto? Oczywiście! Po powrocie na market zrobiliśmy kolejną rundę jedzeniową. Uwierzcie na słowo – tam nawet warto przytyć. Nakarmiono nas wybornie!

Uber. Wracamy do miasta. W planie na ten dzień miałam jeszcze Wat Saket, czyli Świątynię Złotej Góry. To jedna z najstarszych świątyń buddyjskich w Bangkoku. Znajduje się na 79 metrowej górze, przez co widok na Bangkok jest całkiem niezły! Tuż obok Wat Saket znajduje się Wat Ratchanatdaram. Też warto zajrzeć. Wtedy jeszcze nie miałam świątynnego przesycenia 🙂

Pamiętacie moje wpisy o Bali? Pisałam wtedy, że uwielbiam świątynie i nigdy mi się nie znudzą. Tu sprawy miały się nieco inaczej. W Tajlandii jest tyle świątyń, że pod koniec wyjazdu nawet na mnie przestały robić wrażenie. W Tajlandii chodzi o jedzenie! Tu nie powinno się przestawać jeść! Dlatego wybraliśmy się na Rambuttri Alley. To równoległa ulica do Khao San. Młodsza i trochę spokojniejsza siostra miejsca rozpusty. Kilka satayów, pad thai, kolejny Chang, kokos i jestem w niebie.

Czas na nas. Wracamy do hotelu po plecaki, Uber, kierunek lotnisko Don Mueang. Lecimy do Chiang Mai! Bangkoku jeszcze wrócimy. Do zobaczenia w następnym wpisie!

Zobacz też: 12 miejsc, które musisz odwiedzić w Bangkoku!

Kobkun ka za uwagę! 🙂

Komentarze