AzjaJaponia

Spacer po Nikko

Nikko. Urocze, górskie miasteczko położone na północ od Tokio. Znane jest przede wszystkim z bogato zdobionego chramu Shinto 👉 Toshugu. Podobno najlepiej wybrać się tam na jesień, kiedy klony mienią się najróżniejszymi odcieniami czerwieni, a delikatna mgła spowija Most Shinkyo. My trafiliśmy na piękny wiosenny dzień. No i chyba właśnie przez to zabrakło „tego czegoś”. A poza tym mam dla Was pro tip – zaplanujcie wycieczkę do Nikko na początku Waszego pobytu w Japonii. Mimo, że miasto może być czarujące, mnie po trzech tygodniach intensywnego zwiedzania nie ujęło jak np. Dolina Kiso. No ale kto co lubi, prawda? Zobaczcie jak było i sami zdecydujcie czy warto się tam wybrać na 1-day tripa z Tokio. 😊

Jak się tam dostać?

Pociągiem! Droga będzie się składała z dwóch odcinków: Tokyo – Utsunomiya (ok. 55 minut) oraz Utsunomiya – Nikko (ok. 50 minut). Będzie całkiem komfortowa, bo część trasy pokonacie na pokładzie shinkansena! Do rzeczy – na stacji Tokyo wskoczcie w shinkansen (np. Yamabiko, Nasuno, Tsubasa), którym dojedziecie do stacji Utsunomiya, tam przesiądźcie się do pociągu JR Nikko Line, którym dostaniecie się do samego Nikko. O tym jak działają japońskie koleje oraz o tym czy warto rezerwować miejscówki w pociągach przeczytacie tu.

P.S. JR Nikko Line to pociąg lokalny, który będzie się zatrzymywał na wszystkich stacjach, które są na tej trasie. Musicie wiedzieć, że bywa wypchany po szwy, bo to najpopularniejsza opcja biorąc pod uwagę podróż do Nikko.

Spacer po Nikko

Wysiadamy na Stacji Nikko przed południem. Podobno można stąd złapać autobus miejski, który jedzie w kierunku najważniejszych chramów. Decydujemy się jednak na ponad dwukilometrowy spacer główną ulicą. Droga jest praktycznie pusta. Jest mega słonecznie i spokojnie. Po drodze mijamy sklepy z antykami. Oczopląs na miejscu. No mówię Wam! Chciałam kupić wszystko, ale skończyło się tyko na kokeshi. To ręcznie robiona, drewniana lalka, o której istnieniu dowiedziałam się z bloga W Krainie Tajfunów. Już o tym wspominałam, ale przypomnę Wam 👉 to mega źródło informacji dla wszystkich zainteresowanych Nipponem! Zajrzyjcie koniecznie. Idziemy dalej. Po kilku minutach spaceru po głównej ulicy docieramy do malowniczego mostu Shinkyo. Tam robi się tłoczniej. Spowity we mgle podobno wygląda magicznie, w słoneczny dzień tylko ładnie. Wstęp jest płatny i kosztuje 300 JPY (ok. 9 PLN). Największe wrażenie robi jednak z odległości. Kilka fotek i idziemy dalej.

Kierujemy się do Nikko National Park, w którym znajdują się chramy Nikko. Najpierw mijamy najważniejszą świątynię w całym mieście zwaną Rinnoji. Niestety główny pawilon schowany jest pod szczelną konstrukcją, bo świątynia jest w renowacji. Ukończenie prac planowane jest na marzec 2019 roku. Z pełną premedytacją ją pomijamy i niespiesznie idziemy do Chramu Toshugu. To miejsce spoczynku Tokugawy – założyciela szogunatu Tokugawa, który rządził przez 250 lat aż do 1868 roku. Co ciekawe w chramie będziecie mogli zaobserwować elementy obecne w dwóch religiach – shinto oraz buddyzmie! Niegdyś obie te religie często się przeplatały, aż do czasów epoki Meji, kiedy zarządzono wyraźnego podziału. Toshugu jest jednak wyjątkiem. Koniecznie zwróćcie uwagę na płaskorzeźbę, która znajduje się nad wejściem do stajni. Zobaczycie tam „trzy mądre małpy”, gdzie każda zasłania inną część ciała – mówi się, że ta która zasłania uszy nie chce słyszeć nic na temat zła, ta która zasłania buzię nie chce mówić na temat zła, natomiast ta która zasłania oczy nie chce widzieć zła. Jeśli chodzi o konkrety to wstęp kosztuje 1300 JPY (ok. 43 PLN). Biorąc pod uwagę średnią cenę za wstępy do atrakcji w Japonii to całkiem sporo, ale warto. Popatrzcie tylko na te fotki!

Te zdobienia i przepych naprawdę robią wrażenie. Tu mam dla Was kolejny pro-tip – do Toshugu wybierzcie się z samego rana (najlepiej zaraz po otwarciu, czyli o 8:00) żeby uniknąć tłumów zwiedzających. To najbardziej znane miejsce w całym Nikko – spodziewajcie się zatem licznych chińskich oraz rosyjskich wycieczek zorganizowanych!

Musimy się posilić. Wpadamy do knajpy w pobliżu Toshugu. Serwują tam Yuba (tzw. tofu skin), czyli specjalność Nikko. To produkt wytwarzany z białka, które zbiera się na powierzchni podgrzewanego mleka sojowego. Wygląda jak zlepek kilku warstw super cienkiego tofu. Ze sprężystym udonem i ciepłym wywarem mega smakuje! Koniecznie spróbujcie jak będziecie w Nikko.

Kolejne ważne miejsce – idziemy do Tamozawa Villa, ale mamy pecha. Zamknięte. No i co zrobisz. Spacerujemy po wąskich, praktycznie pustych ulicach.

Trafiamy do przycmentarnej świątyni, w której nie ma absolutnie nikogo. Słychać tylko szumiący strumyk! No i jest magia!

Z zaplanowanych atrakcji zostało nam Kanmangafuchi Abyss. Zahaczając o lody o smaku matcha spacerujemy w kierunku Kanmangafuchi. To wąwóz u wybrzeża rzeki, który znany jest z pomników Jizo (buddyjskie bóstwo, które symbolizuje opiekę nad dziećmi). Tam chińskie i rosyjskie wycieczki nie dotarły. Znowu jest magia. Jesteśmy sami. Przed nami piękne góry i rwąca rzeka w kolorze szmaragdu.

Powoli wracamy na stację kolejową. Kierunek: Tokio. 😇

Nie zrozumcie mnie źle. Nikko nie było brzydkie i nudne, ale po tak intensywnych wrażeniach, które wcześniej opisywałam, trochę się uodporniłam i rzadziej wpadałam w zachwyt. Za to Tokio w tej kwestii nigdy nie zawodzi. W stolicy byliśmy dopiero od 5 dni, a ja czułam, że jestem stałą bywalczynią tej metropolii! ❤

Arigatio za uwagę! 😊

Komentarze