Inny świat na jeziorze Tonle Sap

Inny świat na jeziorze Tonle Sap

Dzień dobry Siem Reap! Szybkie śniadanie, mrożona kawa, Mr. 22 był punktualny i czekał w swoim tuk-tuku marki Rolls Royce. Jedziemy nad jezioro Tonle Sap zobaczyć pływające wioski!

Tonle Sap to największe jezioro w Azji Południowo – Wschodniej. Co ciekawe głębokość zależna jest od pory roku. W porze deszczowej głębokość dochodzi do 14m. W porze suchej, czyli wtedy kiedy my byliśmy, głębokość wynosiła 0,5m. Nasza łódka prawie zahaczała o dno. Przez te wahania poziomów wody wioski są przenoszone nawet 4 razy w ciągu roku!

Wybraliśmy wioskę Chong Kneas, położoną jakieś pół godziny jazdy tuk-tukiem od Siem Reap. Pierwszy rzut oka na miasto, fajne to Siem Reap! Są lokalne knajpy, markety, świątynie. Jedziemy dalej. Jak tylko wyjechaliśmy z miasta krajobraz całkowicie się zmienił. Rozpadające się domy, panowie w hamakach, kobiety robiące pranie, gołe dzieci bawiące się na ulicy. Chyba jestem w innym świecie.

Po dotarciu nad kanał, przy którym cumowały łódki okazało się, że to dość droga impreza. Wiedziałam, że nie będzie tanio, ale że aż 40$ za łódkę do jeziora i kolejne 16$ za małą łódkę przystosowaną do pływania po wiosce? No dobrze drodzy Khmerzy, przecież się nie wrócę. Mam nadzieję, że te 56$ trafi w ręce najbiedniejszych (tak sobie przynajmniej tłumaczę).

Przydzielono nam przemiłego 18-latka, jako przewodnika. Chłopak mówił pięknie po angielsku (bez azjatyckiego akcentu). Dobrze nam się trafiło, bo dowiedzieliśmy się dużo ciekawych i smutnych rzeczy. 15 minutowy rejs przez kanał, dotarliśmy do małych łódek i przesiadka. Pierwszy szok! Jak to możliwe, że ludzie w obecnych czasach mieszkają w takich warunkach?

Większość domów to prowizoryczne schronienia, które unoszą się na wodzie dzięki beczkom, które stanowią fundamenty. W ‘domach’ wielkości mojej łazienki niekiedy mieszka cała rodzina i dwa psy (a nawet małpy!). Każde wyjście z ‘domu’ to wiosłowanie w często zabójczym upale (temperatura rzadko spada poniżej 30C). Przewodnik powiedział, że ludzie mieszkający w Chong Kneas nie mają prawa wjeżdżać do Siem Reap, bo policja tego zakazuje. Ale dlaczego? ‘Bo takie jest prawo’.

W wiosce oprócz zwykłych domostw znajdują się sklepy, kościół katolicki, świątynia buddyjska i hinduistyczna, pływające ogrody (chociaż ogród to za duże słowo), boisko do koszykówki ufundowane przez UNICEF, posterunek policji, ferma krokodyli, szkoła i sierociniec dla dzieci w jednym.

Najgorsze co usłyszałam to to, że dzieci piją wodę z jeziora (!) i niestety bardzo często umierają przez to na malarię. Część z nich nie dożywa drugiego roku życia. Wiele z nich zostaje również osieroconych i trafiają do szkoły i sierocińca, które znajdują się w tym samym ‘budynku’. Dzieci tam mieszkają i uczą się. Spędzają tam większość dziecięcego i młodzieńczego życia, często nie mając dostępu do wody pitnej.

Nawet jak bardzo bym chciała to nie zbawię świata. Miałam ochotę oddać dzieciom wszystkie dolary, które miałam. Niestety prawda jest okrutna. Dzieci to tylko zarobkowy pretekst dla ich opiekunów. Wiadomo, że bardziej ściska za serce widok żebrzącego dziecka niż dorosłego mężczyzny, dlatego rodzice wysyłają dzieci na ‘łowy’ zamiast do szkoły. Jeśli oddałabym im swoje dolary, które de facto trafiłby w ręce dorosłych, pogorszyłabym ich sytuację i jeszcze bardziej oddaliła wizję nauki w szkole. Jeśli rodzic widzi, że dziecko dużo dla niego zarabia to nigdy nie pośle go do szkoły. Straszne, ale prawdziwe.

Powiem Wam, że te widoki bardzo mną wstrząsnęły. Być może część scen była przedstawieniem, chociaż nie wiem co o tym myśleć. Byliśmy tam jedynymi turystami. Pływających wiosek nie mogę nazwać atrakcją (atrakcją mogą być wesołe miasteczka), tylko miejscem, które daje dużo do myślenia. Zostawiam fotki, zobaczcie sami.

Komentarze