Zakochani w Ubud

Zakochani w Ubud

Kolejny piękny poranek, Made w swojej furze i my rządni przygód. Kierunek Ubud!

Dzień wcześniej zarezerwowałam pokój w małym hostelu (Taman Indah Guesthouse). Lokalizacja, cena i warunki bomba!  Hostel znajduje się w labiryncie wąskich uliczek i tropikalnych drzew. Właścicielką przybytku jest przemiła pani, która rano smażyła nam naleśniki z bananami prosto z drzewa. Ma cztery pokoje. W jednym mieszka ona z rodziną, a resztę wynajmuje.

P.S. Jaka tam była łazienka! Kamienna z wilgotna ściana, dachu brak! Bo niby po co komu dach? W końcu jesteśmy na Bali.

O Ubud mówi się, że to najładniejsze miasto na Bali, i że to właśnie tu można odkryć magię wyspy. Zgadzam się w 100%! To centrum kultury i sztuki. Jest tam mnóstwo galerii, warsztatów i fajnych knajp. Wieczory uświetniają balijskie występy. Podoba mi się tu!

Ok, do rzeczy! Zostawiliśmy bagaże i w drogę.

Pierwszy przystanek – Monkey Forest. To las deszczowy zamieszkały przez bandę niewychowanych makaków. Bilet kosztował tylko 30 000 IDR (niecałe 9 zł). Pierwsze co zobaczyliśmy to stragany z bananami dla małpiszonów. Za drobną opłatą można było je karmić. Całe szczęście, że nie kupiliśmy bananów. Małpiszony są gotów pogryźć za owoce. Miejcie się na baczności! Jak widzicie nie ma żartów 🙂

Koniec tego, idziemy na bazar!

Moim celem w Ubud było kupienie balijskich arcydzieł. Lepiej trafić nie mogliśmy. Na Ubud Market wszystkiego jest pod dostatkiem. Ileż ja tam szczęścia kupiłam 🙂 Pamiętajcie żeby się targować!

Kolejnym celem były balijskie występy. Nie ma nic prostszego niż zdobycie biletu na taką imprezę. Traf chciał, że byliśmy tam w sobotę, a to zazwyczaj w weekendy odbywają się tego rodzaju pokazy. Wystarczy więc wyjść na ulicę, a bilety same wpadają w ręce. Zdecydowaliśmy się na Legong Dance w Ubud Palace. To dość skomplikowana forma tańca, gdzie główną rolę odgrywają ruchy palców i mimika twarzy – tak przynajmniej wyczytałam. Za bilet zapłaciliśmy po 80 000 IDR (23 zł), czyli dość dużo jak na balijskie warunki.

Do występów mieliśmy jeszcze chwilę. Włóczyliśmy się po mieście. Gdzieś w wąskiej uliczce zauważyłam odręcznie napisaną kartkę – Rice field 50 m this way. Skręciliśmy! Czy ja już wspominałam, że Balijczycy mają zakrzywione postrzeganie odległości. Pola ryżowego było przynajmniej 400 metrów dalej. Droga wyglądała jak polna ścieżka nad urwiskiem i w pewnym momencie zwątpiliśmy w istnienie tego pola. Po chwili ukazał nam się taki widok. Nieźle co?

Zahaczyliśmy też o Saraswati Temple. To hinduistyczna świątynia niemalże przy głównej ulicy (za Starbucksem w prawo w razie czego :)). Niby do środka wejść nie można, ale ogród wodny i kwiaty lotosu robią swoje. Ja byłam zachwycona!

P.S. Warto wpaść chociaż na Bintanga do jednej z knajp przy świątyni kiedy odbywają się pokazy (Legong lub Kecak Dance).

Wracamy do Ubud Palace zająć miejsce przed występami. Kiedy pokazy się zaczęy miałam wrażenie, że tancerki zjedzą mnie wzrokiem. Wyczytałam, że w Legong Dance mimika odgrywa dużą rolę i wzrok tancerek ma być wręcz przeszywający. Taniec składał się z kilku części, występowało wiele postaci, a cała impreza trwała godzinę z kawałkiem (o kawałek za dużo). Całe szczęście, że wcześniej dostaliśmy ulotki z opisem, bo w przeciwnym razie nie miałabym pojęcia o co właściwie chodzi.

Następnego dnia chcieliśmy wypożyczyć skutery. Więcej o samej procedurze wypożyczenia przeczytacie tu. To był mój pierwszy raz z warczącym potworem. Jestem dość kiepskim kierowcą. Bałam się jak cholera. Gaz mylił mi się z hamulcem. Przyznaje! Moja jazda nie wyglądała najlepiej. Najgorsza była jazda główną ulicą Ubud. Dzizas! Co za szaleństwo! Ludzie na sąsiednich skuterach chyba słyszeli bicie mojego serca. Jak tylko wyjechaliśmy z miasta już nie było tak źle. Było fajnie!

Całe szczęście, że kupiliśmy kartę sim. Mamy google maps! Maciej ustawił nawigację na Pura Tirta Empul. W drogę!

Jechaliśmy przez pola ryżowe i urokliwe wioski. Takie Bali kocham najbardziej. Zero turystów, lokalne stragany, zapach węgla kokosowego i zieleń.

Jesteśmy! Tirta Empul w całej okazałości! Trafiliśmy na święto i zastaliśmy tłumy wiernych biorących rytualne kapiele w świętych źródłach.

Kolejny kierunek – Pura Gunung Kawi. Wszystko byłoby pięknie gdyby nie zwariowana nawigacja. Google maps wyprowadziło nas na koniec wąskiej drogi. Siedziała tam grupka rozbawionych Balijczyków. Zapytaliśmy ich o drogę. Zapewniali, że świątynia jest tuż za zakrętem. Jeden z miłych panów przejął inicjatywę i zaproponował, że nas zaprowadzi podkreślając, że nie chce pieniędzy. Umowa stoi!

Prowadził nas przez podwórko pełne świń i kur. Później kazał skakać przez kanał pełny wody. Wylądowaliśmy w błotnistym polu ryżowym.

– Miły kolego daleko jeszcze?

– Tam za tą górką, jakieś 15 minut!

Byliśmy w błocie po kolana. Nie, dzięki – wracamy! Kolega przewodnik i jego kumple mieli znas dobry ubaw.

Walka z nawigacją, trasa wyznaczona. Ruszamy. Skuter Macieja zakopał się w błocie na amen, a Balijczycy pękają ze śmiechu 🙂

Dotarliśmy! Do Gunung Kawi prowadzi milion schodów wykutych w skale. Na termometrach było prawdopodobnie +200C. Widoki zrekompensowały cały wysiłek. Tam jest przepięknie!

Później pognaliśmy naszymi wehikułami w w stronę Ubud. Kiedy mijaliśmy kolejną wioskę, zauważyłam że do Maćka coraz bliżej podjeżdża Balijczyk na skuterze. Krzyczał do niego wniebogłosy machając przy tym rękami. Warcząca motoryna skutecznie utrudniała jakikolwiek dialog. Balijczyk uśmiechał się i wymachiwał rękami dalej. O co tu chodzi? Kiedy Maciej się zatrzymał, młody Balijczyk z wiekim uśmiechem na twarzy zapytał:

– mogę z wami porozmawiać? Chciałem poćwiczyć angielski!

Śmieszne rzeczy! 🙂

Dotarliśmy do Ubud. Pożegnalna kolcja, ostatnia woda kokosowa. Made już na nas czekał przed hostelm. Dzięki Ubud. Zakochałam się w Tobie po uszy! Wrócę, na pewno kiedyś wróće!

P.S. właśnie czytam ten post po dwóch latach od publikacji. Zastanawiam się, po co właściwie wracałam? Dalej twierdzę, że moje serce jest w Ubud <3

Komentarze